witamy w Łomazach
Lech Zaciura  "Ułeczka"
 

Witam Cię i zapraszam do zapoznania się z książką pod tytułem "Ułeczka". To książka ciepła i pogodna. Opisuję w niej bliski mi świat, jakim go widzę. "Ułeczka" zbiera bardzo dobre recenzje i mam nadzieję, że Ty także ją polubisz. Kandydowała do Literackiej Nagrody Gdyni, Nagrody Mediów Publicznych, a także do Angelusa. Świat, w którym rozgrywają się opisane historie, to Łomazy - niewielka miejscowość na wschodzie Polski, a ułeczka to przykościelna uliczka. Wierzę, że sprawy, których dotykam w tym maleńkim universum, dotyczą każdego człowieka.

"Ułeczka" została wydana przez wydawnictwo Anagram, a potem wznowiona przez Skrzata. Można ją nabyć zarówno przez internet, m.in. w Merlinie, Empiku, jak i w zwykłych księgarniach, w empikach, Traffic Clubie. W Białej Podlaskiej zaś w "Słoniu" i w SAS-ie
Tu "zapoznawczo" zamieszczam fragmenty "Ułeczki" - całe cztery opowiadania. Zapraszam do przeczytania ich. Ucieszę się, jeśli skłonią Cię do zakupu książki. Napisz do mnie i powiedz, co o nich myślisz. Zapraszam też na moją stronę internetową.

Pozdrawiam!
Lech

 

Przeczytaj recenzję "Ułeczki"
w Gazecie Wyborczej.

przednia i tylna okładka "Ułeczki"




Ułeczka:

Wstęp
Gawrony
Opowieść niecierpliwej lipy
Partyjka z babcią
Zdjęcie II (Ksiądz proboszcz)
  



Wstęp
   Ułeczka to żwirowa uliczka przebiegająca między płotem naszego ogrodu a płotem, za którym znajduje się dziedziniec kościoła. W przestrzeni, która na ogół nie wykracza poza sąsiedni ogród i kilka pobliskich domostw, zdarzyły się opisane tu historie. Mają one dwie cechy: są w miarę prawdziwe i niezbyt istotne. I w znacznej mierze z powodu ich nieistotności zostały te zdarzenia i postacie utrwalone. Jednak przede wszystkim wierzę, iż są one na tyle ciekawe, by zasłużyć na pamięć o sobie. Z tą nadzieją zapraszam do czytania.



Gawrony
Ilekroć widzę ptaka siedzącego spokojnie w pobliżu, czuję potrzebę sięgnięcia po aparat fotograficzny. Tak było i tym razem, ale trwało późne popołudnie i światło już było za słabe na zdjęcia z teleobiektywem. Wkrótce dotarło do mnie, że w scenie, którą oglądam, jest coś dziwnego: ptakiem, którego dojrzałem, był gawron siedzący na jaśminie. Gawrony nie siadają na jaśminach. Widać je wysoko w koronach drzew, krążące na niebie, chodzące po polach, siedzące przy kałużach. Piękne potężne ptaki, ich pióra połyskują metalicznie w słońcu.
Gawron na jaśminie nie miał w sobie majestatu. Z wyraźnym trudem utrzymywał się na cienkich gałęziach. Zatrzepotał skrzydłami, próbując utrzymać równowagę, wreszcie poderwał się ciężko i przefrunął przez płot, do ogrodu po drugiej stronie, gdzie klapnął między bruzdy. Pomyślałem smutno, że tak właśnie giną zwierzęta w przyrodzie: z chorób, starości, okaleczeń. Rzadko to widujemy - nie czujemy więc żalu.
Parę minut później spotkałem następnego gawrona. Przyglądam mu się. Siedzi nastroszony na zagonie ogórków, a kilka kroków dalej siedzą jeszcze dwa ptaki. Żaden nie ucieka, nie płoszy się. Od dziedzińca przy kościele nasz ogród oddzielony jest żwirową uliczką - ułeczką. Na niej znajduję kolejne ptaki - te są martwe. Leżą co kilka kroków pod płotem, po obu stronach dróżki. Jest cicho, nie widać ludzi, sceneria jak ze snu. Nieraz śnię, że spaceruję po ułeczce, często robię to na jawie. We śnie zbierałem tu kiedyś grzyby, a nawet pływałem w balii po głębokiej wodzie z wiosennych roztopów.
Pod kościołem także leżą gawrony, grupa ptaków siedzi na drzewach, ale w ich zbiorowości widać jakiś bezład, nie ma śladu stadnej hierarchii. Jedno z ptaszysk podrywa się i leci w moją stronę, próbuje wylądować na pobliskiej gałęzi, lecz nie udaje mu się na niej utrzymać. Spadając z niej podrywa się i z trudem odlatuje.
Po drugiej stronie dziedzińca dostrzegam sylwetkę kościelnego, który zmierza w moją stronę. Machamy do siebie.
- Widzi pan to samo? - zadaję zarazem najoczywistsze i najgłupsze z pytań.
- Diabli wiedzą, co się dzieje - odpowiada. Obaj rozglądamy się niepewnie wokół. - Coś się musiało im stać, może ktoś co na polu rozsypał i się najadły albo jaka zaraza. Kto to zgadnie.
Pan Rysio znalazł już przeszło trzydzieści pierzastych zwłok, które złożył na stertę, zakopie je albo spali, nie wie jeszcze. Mówimy, że może by zameldować gdzieś, ale nie wiadomo, gdzie, no i dziś już późno. Słońce znad horyzontu kąpie świat na czerwono. Żegnam się z kościelnym, który odchodzi; wraca cisza i poczucie nierealności.
Zapada zmierzch, kiedy zaglądam do parku. Tu były zawsze największe kolonie kawek i gawronów. Gniazdowały wiosną, a teraz zlatują się na noc. Pod latarnią leży kilkanaście ptaków, dalej, przy samej alejce, kolejne; matka z dzieckiem podczas wieczornego spaceru przechodzą tuż obok, nie zauważając ich. Dookoła można wyłowić więcej ciemnych kształtów, niektóre ptaki jeszcze się ruszają, jeden trzepoce konwulsyjnie skrzydłami. Ludzie, choć w parku jest ich wielu, nie zwracają na to uwagi. Ktoś jednak musiał ściągnąć tamte gawrony pod latarnię. Czuję, jakby obok mnie istniały równolegle dwie rzeczywistości rozdzielone kurtyną niepostrzegania. Robi się zupełnie ciemno, pora do domu.
Nazajutrz nie było śladu po zdarzeniu ubiegłego dnia. Nie było martwych ani chorujących ptaków i nikt o nich nie wspominał. Nikogo zresztą nie pytałem, nigdzie nie dzwoniłem. Epizod, który nigdzie nie odcisnął śladu. Pozostało wspomnienie dziwnego stanu ducha, uporczywej myśli, że cicha śmierć tylu ptaków w środku miasteczka coś znaczy dla nas wszystkich. Tak mógłby się zacząć koniec świata. Nie musi przyjść w łoskocie i blasku eksplozji - może się po prostu zakraść. Tym razem jednak coś niedobrego przytrafiło się tylko stadzie gawronów. Pisząc to, słyszę, jak gawrony kraczą nad moją głową, protestując przeciw słowu "tylko".



Opowieść niecierpliwej lipy
Najbardziej nie lubię, kiedy jesienią ludzie chodzą od drzewa do drzewa, przyglądając się badawczo pniom i konarom. Nie lubię tych spojrzeń, znam je. To spojrzenia właściciela ogrodu, oceniającego, czy nie należy obciąć niektórych co bardziej wybujałych gałęzi albo i całych drzew, zagłuszających inną roślinność. Trzy lata temu ścięto dobrze zapowiadający się świerk, a w rok później straciłam dwa dolne konary...
Fakt, że jest tu ogromnie gęsto i maluchy ze światłolubami mają trudny żywot, wszelako to właśnie ludzie sadzą tu roślinność. Doprawdy, powinni być uważniejsi i rozmnażać zieleń odpowiedzialniej i z większą wyobraźnią. Ale najłatwiej jest wycinać - po fakcie dokonać rzezi, zwanej "gospodarskim podejściem". Jednak, ogólnie biorąc, darzę ludzi sympatią. Poza tym... kiedyś także i mnie zasadził człowiek.
Jestem lipą i rosnę na skraju ogrodu, w towarzystwie dwóch brzóz, dwóch świerków i jarząba. Urosłam już całkiem wysoka. Po sąsiedzku rośnie też rozłożysty cis, a wszyscy ocieniamy półokręgiem rząd bukszpanów. Przylegam do budynków gospodarczych i płotu, za którym jest poletko sąsiadów. Z dala wymieniamy się ukłonami z drzewami owocowymi w sadzie i wielkim kasztanowcem, a spod kościoła machają mi lipy - moje starsze siostry.
Podobno kiedy jest się drzewem, czas płynie inaczej. Wierzę, że to prawda, choć nie wiem, jak wygląda owa inność. Jestem wyłącznie drzewem i nie mam doświadczenia upływu czasu innych istot. Podejrzewam, że może się to wiązać z pośpiechem, choć i drzewom jest on nieobcy. Jak sięgnę pamięcią, zawsze chciałam być duża, pędziłam niecierpliwie ku słońcu. Jestem niecierpliwa jak na lipę. Był też czas, gdy chorowałam; otóż te "budynki gospodarcze" obok to po prostu śmietnik i ubikacja, którą przystawiono mi pod sam pień, a wykopując pod nią dół, pokaleczono korzenie. Zmarniałam i wyglądałam jak na ścięcie; miałam stracha, że istotnie przyjdzie im ten pomysł pod korę. Kryzys jednak minął i w końcu byłam już na tyle duża, że przybito do mnie budkę dla ptaków - świadectwo dorosłości ogrodowego drzewa.
Z tą budką to był cyrk. Ktoś uparł się, że zalęgnie się w niej dzięcioł. Ale dzięcioły nie gniazdują w gotowych dziuplach, tylko do każdego lęgu wykuwają sobie nową. Przyczepiono mi zatem budkę bez dziury, ślepą ze wszystkich stron. Dzięcioł miał sobie wykuć otwór sam. Oczywiście żaden dzięcioł nie wpadł na tak śmiały pomysł; przez dobre dwa tygodnie mieszkańcy domu obserwowali z zatroskaniem budkę, aż wreszcie jeden z nich rzekł: "Skończmy z tym, bo pomyślą, żeśmy całkiem zdurnieli." Przystawiono do mnie drabinę, ktoś wdrapał się po niej z szerokim, piórowym wiertłem i wyborował w budce solidny otwór. Następnego dnia zagnieździła się w niej para szpaków. Od tamtej pory każdego roku gnieżdżą się u mnie szpaki.
Lubię deszcz i szum wiatru. Tak naprawdę wiatr nie szumi sam z siebie - to tylko ruch powietrza. Szum wynika z ocierania się powietrza o liście i gałęzie, czasem nawet słychać pogwizdywanie! Wiejący głównie z zachodu i południa wiatr sprawia, że sąsiednie brzozy pochylają się ku mnie. Jedna z nich oszalała. Nie jest jasne, z jakiej przyczyny. Zaczęło się od tego, że zdrzemnęła się na całe trzy lata, co nie jest takie niezwykłe. Coś śniła. W tym czasie podcięto jej dolne gałęzie i postawiono obok pnia wędzarkę, której kilkakrotnie użyto - odurzające dymy spowiły koronę brzozy. Tylko to też są zwykłe sprawy... Obudziła się nagle pewnego ranka, z pełnym trwogi wrzaskiem, odmieniona - i taka już została. Szaleństwo brzozy przejawia się tym, że zamiast rozwijać swoją koronę, rośnie całą mocą w dół. Gdy przychodzi wiosenne ożywienie, ona - uruchomiwszy życiodajny obieg - inwestuje wszystko w korzenie, które sięgają już takich głębokości, że pozostałe rośliny na myśl o tym zastygają oniemiałe. To drzewo czerpie soki z pokładów, jakich nie sięgnęło żadne inne! Co zawierają? - krążą o tym legendy. Bzy twierdzą, że jest w nich wszelka mądrość Natury. Czemu więc nie przywracają rozumu? Dla odmiany cis jest przekonany, że brzoza trafiła na ciek, który gromadzi powodującą obłęd deszczówkę z czerwonych chmur, i rzuciła się za nim w pogoń, aż do jądra Ziemi.
Ludzie nie domyślają się tych spraw; widzą tylko jak niedożywione liście bledną i opadają przedwcześnie, zamyślają ściąć usychające drzewo, choć trochę im go szkoda. Dlatego czekają. Na szczęście ostatnio zieleń brzozy odzyskała nieco soczystości i egzekucja się oddaliła.
Innym, widocznym objawem szaleństwa drzewa, jest ten, że w przybitej do niego budce nie gniazdują ptaki. Żadna ptasia rodzina nie zamieszka w takiej budce. Kiedyś przez trzy noce mieszkał w niej dzięcioł, któremu dał się we znaki styczniowy mróz. Ale nawet do kogoś, kto całe dnie spędza na waleniu łbem w pień, dotarło, że istnieje coś takiego jak zdrowie psychiczne, i dla jego dobra lepiej się stąd wynieść.
W obłędzie mojej sąsiadki jest coś przejmującego i unikalnego, gdyż drzewa na ogół wykazują się zdrowym rozsądkiem - to jest ich elementarna cecha. Poprzez chorobę brzoza jakby utraciła atrybut bycia drzewem! Darzę ją wielką czułością; nasze gałęzie splatają się, jej opadają wiotko między moje, a poprzez ten dotyk czuję cząstkę tego, czego doświadcza ona - czegoś niewyobrażalnie pięknego i bolesnego jednocześnie. Czasem żałuję, że mogę poczuć tylko ślad jej uczucia, jednakże... starczy w tym ogrodzie jednego obłąkańca.
Słońce wstaje nad sadem. W swej wędrówce po niebie przechodzi wysoko nad budynkami plebani, lecz nieco dalej zahacza już wyraźnie o gałęzie przykościelnych lip. Jest pełnia lata i dni stają się zauważalnie krótsze. Jarzębina na jarząbie-sąsiedzie czerwienieje intensywnie w słonecznym blasku. Ale też w szybkim tempie rzednie, wyżerana po barbarzyńsku przez stada kwiczołów i szpaków. Wciąż jestem bardzo młodym drzewem i rosnę szybko, obserwuję świat z radością. Ledwie dwadzieścia lat temu nawet nie marzyłam, że będę widziała świat zasłonięty domem - ten po drugiej stronie ulicy. Teraz dostrzegam nad dachem czub odległego wiązu, patriarchy tej okolicy. Jego opowieści z dawnych czasów, przekazywane w wietrzne dni z szelestem liści, pobudzają wyobraźnię, a kora jaśnieje wtedy o ton. Świat staje się piękniejszy w tej atmosferze, widać to także po ludziach, wyraźnie zasłuchanych w otoczenie, choć sami nie odgadną, dlaczego. Jeszcze dekada i przy sprzyjającym wietrze sama usłyszę głos patriarchy! Jakże się niecierpliwię! Tyle do odkrywania przede mną...



Partyjka z babcią
Moja babcia ze strony mamy mieszkała z nami, ale w przeciwnym skrzydle domu. Dom, który wybudowali rodzice, ma całkiem skomplikowany układ pomieszczeń, gdyż planowano go, by pogodził sporo potrzeb, nieraz wzajemnie sprzecznych. Wstępując do nas pierwszy raz, można się poczuć Tezeuszem. Dość powiedzieć, że z samej kuchni są wyjścia do pięciu różnych pomieszczeń (w tym jedno niemal pionowo wiodące do piwnicy), a od drzwi wejściowych przez całe wnętrze domu ciągnie się korytarz z drzwiami do pokojów po bokach, skąd idzie się do następnych pomieszczeń...
Babcia Emilia posiadała osobną własną kuchnię i pokój. Mając silną potrzebę prowadzenia samodzielnego życia i dobre zdrowie do późnych lat, mieszkała zarazem z nami i obok nas. Do babci chodziłem przez korytarz - było to trochę jak chodzenie do innego świata, gdyż jako wnuk, byłem jednocześnie kimś w rodzaju gościa w jej siedzibie. Nie znaczy to, że babcia traktowała mnie chłodno lub z dystansem - nic podobnego! - cechował ją jednak pewien rygoryzm. Lubiła, żeby w jej otoczeniu panował ład i miała swoje kryteria tego ładu, których nie do końca rozumiałem. Po latach myślę, że były one po prostu zmienne, jak nieco zmienne było usposobienie babci Emilii.
Najczęściej grywaliśmy w karty: w durnia lub w wojnę, przy czym ta druga gra była bardziej przerywnikiem - ze względu na prostotę zasad nudziła się znacznie szybciej. W durnia graliśmy w wersji, gdzie wychodziło z dwóch takich samych kart i trzeciej dodatkowej, wybranej dowolnie, co dawało ogromne możliwości rozgrywania; wszak można było wyjść z pary trójek, ale dołożyć do nich dziesiątkę kozerną. Babcia lubiła czasami wygrać i trzy partyjki zwykle kształtowały się w wynik 2:1 dla mnie, a zdarzało się i tak, że ustalaliśmy, iż zremisujemy, i sprawdzaliśmy nasze ostatnie karty, patrząc, kto z czego ma wyjść i czym pobić, żeby remis się udał. Karcianym posiedzeniom z babcią zawdzięczałem to, że do pierwszej klasy nie poszedłem jako całkowity analfabeta.
Na pierwszej lekcji w pierwszej klasie pani sprowadziła nas wszystkich siedemnaścioro pod tablicę i powiedziała, że będziemy się uczyć czytać i pisać, po czym spytała, czy ktoś już umie coś napisać lub zna jakieś literki. Podniósł się lasek rąk - deprymująco duży, ponieważ ja się do niego nie przyłączyłem, i pamiętam, że było mi bardzo wstyd. Ci, co się zgłosili, podchodzili kolejno do tablicy i coś pisali (nie pamiętam, co - być może dlatego, że nie potrafiłem jeszcze wtedy czytać). Zostało nas na koniec może trzech outsiderów i pani spytała mnie, czy na pewno nie umiem nic napisać, a wtedy doznałem olśnienia. Ponieważ cała tablica była u dołu zabazgrana, pani podstawiła mi krzesło, na które wszedłszy, napisałem kredą na samej górze wielkimi kulfonami słowo "AS". Spytany, skąd znam słowo, którego będziemy się właśnie uczyli, odpowiedziałem z całą dziecięcą szczerością o partyjkach durnia z babcią i że tak jest napisane na asie. Pani powiedziała, że będziemy się uczyć o innym Asie.
Potem było lepiej, i gdy tylko odstąpiono od przymuszania mnie, żebym pisał prawą lewą, zamiast normalnie lewą, nauka poszła mi naprawdę nieźle. Były to czasy, gdy w pierwszych klasach nie skąpiono piątek za dobre odpowiedzi. Potrafiłem dostać dwie piątki dziennie! Starannie wpisana do zeszytu czerwonym długopisem obok niewprawnych uczniowskich liter, piątka zachwycała mnie swoją kształtnością. Jej ważność nie polegała jedynie na tym, że była oceną. Może rzec, że osądzała pozostałe znaki z wyżyn doskonałości swego wyglądu. Lubiłem oglądać piątki w swoim zeszycie, lecz nie wynikało to z próżności. Oczywiście trafiały się także piątki minus lub z dwoma minusami, czwórki z plusem, a kilka razy w pierwszej klasie dostałem też czwórkę. Ale na szczęście piątki trafiały się częściej.
Kilka razy zdarzyło mi się dostać jednego dnia nawet trzy piątki, a w pamięć zapadł mi szczególnie dzień, gdy dostałem aż cztery piątki. Nie wiem, jak to było możliwe, bowiem dziennie miałem najwyżej trzy lekcje. Tym razem nie oparłem się uczuciu próżności, a wyobraźnia podpowiadała mi pochwały od rodziców. Wkroczyłem na ganek i zamiast jak zwykle wejść na korytarz, nacisnąłem z fasonem dzwonek przy drzwiach. Otworzyła mama, zaskoczona, że w progu stoję ja. Co się stało? Zgadnij. Mama nie ma pojęcia. Dostałem dziś cztery piątki! No, no... Wrażenie zrobione, ale jakby nie całkiem; coś w tej scenie mi nie pasuje. Po chwili dociera do mnie, że dzwonek nadal dzwoni i to on pozostaje w centrum uwagi. Sprawdzamy przycisk, klapka odskakuje jak trzeba. Tato w pracy, a w pobliżu nie ma żadnych fachowców. Nie wiadomo, co z tym zrobić. Po dziesięciu minutach terkotanie dzwonka doprowadza wszystkich do szału, ja zaś najchętniej schowałbym się w mysią dziurę. Moja chwała prysła. Wtedy do działania wkroczyła babcia: postawiła krzesło pod drzwiami, nad którymi wisiał nie osłonięty niczym dzwonek, i wszedłszy na nie, zakryła chustką szarpiące nerwy urządzenie. Dzwonek zamilkł. Już tylko cisza dźwięczała przez chwilę w uszach. W sytuacjach wymagających zdecydowania babcia potrafiła postępować z niezbędnym radykalizmem. Tamta scena zaś zapadła w mojej pamięci i to właśnie dzięki niej pamiętam moje cztery piątki.
Jak wspomniałem wcześniej, w codziennym życiu babcia Emilia stosowała reguły, które nie zawsze były jednolite. Na ogół mogłem u niej robić co chciałem, ale na przykład do szafy raz mogłem zajrzeć, a innym razem nie. W szafie stała staromodna parasolka, którą lubiłem rozkładać i wymachiwać nią (byłem wówczas pod silnym wpływem kreskówki z Bolkiem i Lolkiem, gdzie jeden z bohaterów opadał na parasolce jak na prawdziwym spadochronie, i kiedyś nawet spróbowałem powtórzyć ten wyczyn; na szczęście skoczyłem tylko z kuchennego okna do ogrodu). Myślę, że chwilami byłem zbyt żywy jak na babci potrzebę spokoju. Zawsze trzeba było zamykać drzwi, żeby nie nachodziły muchy, podobnie było z oknem. Jednak trzeba też było czasami wpuścić świeże powietrze. I babcia wiedziała, kiedy otwierać, żeby wpuścić powietrze, a kiedy zamykać, żeby nie szły muchy. Ja umiałem tylko wpuszczać muchy.
Wśród wielu różnych roślin babcia hodowała aloesy, i kiedy wspólnie uznaliśmy, że któryś z dolnych liści aloesu był już dość wyrośnięty, odcinała go i dawała mi do zjedzenia soczysty miąższ, posypany cukrem pudrem. Częstowała mnie też kostkami cukru nasączanymi kroplami nasercowymi i cienką herbatką słodzoną kolorowymi landrynkami. Pochylałem się nad szklanką i wpatrywałem się, jak landrynki rozpuszczają się powoli, a zgęstniały wrzątek wokół nich faluje. Wtedy wreszcie przez jakiś czas siedziałem spokojnie.
Prawie cały czas u babci spędzałem w jej kuchni, która choć nieduża, była przytulna i ciepła obecnością człowieka - zamieszkana, w przeciwieństwie do dużego pokoju obok, zdającego się ziać pustką, choć stały w nim wszelkie potrzebne do mieszkania meble, piec i radio, i do tego miał aż dwa wejścia.
W kuchni stał kredens pełen ciekawych rzeczy, między innymi pudełek, kolorowych nici na drewnianych szpulkach i stosu lekarstw w buteleczkach najrozmaitszych wielkości i kształtów (babcia zbierała wszystkie buteleczki po lekach i miałem ich całe torby do zabawy). Na skraju płyty kuchennej leżała sterta płaskich baterii 4,5-woltowych do latarki. Marne były te baterie i zużywały się ("wyświecały") bardzo szybko; jednak każda dostawała jeszcze szansę - po odleżeniu się w cieple płyty na kuchni potrafiła znów na trochę rozjarzyć żarówkę. Przy kuchni stały dwa zydelki, a na nich leżały poduszeczki i mufki, przysmalone od gorących kafli, do których były notorycznie przytykane całą powierzchnią. Moja babcia lubiła fizyczne ciepło i przypuszczam, że szukała sposobu akumulowania go na potem w jak największych ilościach. Ten nie był może najskuteczniejszy, ale odzwierciedlał potrzebę, którą jako zmarzluch doskonale rozumiem.
Moja babcia zawsze interesowała się światem, lubiła czytać książki i słuchać radia. Nie nauczyła się natomiast oglądać telewizji. Choć posiadała dużą wrodzoną inteligencję i rozumiała rzeczywistość, także tę współczesną, nie umiała się przestawić na sposób prezentowania jej przez "radio z lufcikiem". Narracja poprzez zmieniający się szybko obraz i specyfika tego przekazu, skrótowość, dezorientowały ją. "Jeszcze się nie położyli, a tu już wstają", komentowała kolejne sceny filmu.
"Jedzie do niej, a tu masz, przerwali pokazywać, i skąd wiadomo, czy dojedzie?" - mówiła. Była w podobny sposób bezradna, w jaki wychowani na telewizji ludzie bywają zagubieni dziś w hipertekstowym internecie, komórkach i SMS-ach. Możemy być jednak pewni, że przedstawiciele pokolenia internetu także zagubią się w niedalekiej przyszłości i nie nadążą za czymś innym. I kiedy sam czasem za czymś już nie nadążam, wtedy myślę o babci siedzącej przed telewizorem i bierze mnie ochota na partyjkę durnia.



Zdjęcie II (Ksiądz proboszcz)
Zdjęcie zostało zrobione na pograniczu późnego lata i wczesnej jesieni. W początkach września wybraliśmy się z moim ciotecznym bratem Tomkiem na spacer po okolicy. Trwało słoneczne popołudnie, Tomek popychał mnie, a ja z aparatem na kolanach rozglądałem się bez specjalnego przekonania, co by tu sfotografować; każdy obiekt w pobliżu uwieczniłem już po wielokroć.
Weszliśmy na kościelny dziedziniec z zamiarem zrobienia rundki wokół kościoła. Do dziedzińca przylega organistówka, w której wówczas mieszkał ksiądz Wlaźlacki, emerytowany proboszcz naszej parafii.
Za bramą dziedzińca przystanęliśmy na chwilę, rozejrzeć się, a ksiądz właśnie wyszedł przed dom. Ubrany w biały płaszcz i czapkę z daszkiem, kierował się w stronę stojącego pod ścianą krzesła.
Przywitaliśmy się.
- Na spacer? I jest tam co zdejmować?
Ksiądz Wlaźlacki mówił głębokim, tubalnym głosem. Zbliżał się do osiemdziesiątki i zdarzało mi się używać nieco archaicznych określeń.
- A może księdzu zrobimy zdjęcie? Ustawi się ksiądz.
- To czekajcie chwilę - powiedział i usiadł na krześle, przyjąwszy pozę do fotografii.
Pstryk.
Na fotografii ksiądz w jasnym płaszczu siedzi na krześle pod ścianą organistówki, dłonie trzyma złożone na podołku. Obok drzemie w trawie Bobik, pies księdza - wszystkie psy księdza miały na imię Bobik. Z góry zwieszają się liście lip, których pnie wystają zza kadru, zaś cała scena skąpana jest w słonecznym świetle, padającym nieco z tyłu. Nieomal symboliczny obraz pogodnej jesieni - także jesieni życia.
Tej zimy, która nadeszła, ksiądz Wlaźlacki zmarł, a w kilka lat później zginął tragicznie Tomek. Jednakże te późniejsze zdarzenia nie odbierają w żaden sposób uroku i ciepła tamtej chwili. Patrząc na zdjęcie, nie myślę o tym, że nie ma księdza, Tomka (i Bobika także), lecz powraca do mnie nastrój tamtego dnia - kilku fajnych kwadransów życia.

Ksiądz był towarzyskim, ciekawym świata człowiekiem, zawsze chętnym zatrzymać się z przygodnie spotkanym parafianinem i porozmawiać. Mieszkając po sąsiedzku, zachodził do nas często, na ile pozwalały mu obowiązki w okresie, gdy był proboszczem. Lubił dyskutować o rzeczywistości, polityce, najnowszych zdarzeniach i historiach z dawnych lat, zastanawiać się i rozważać różne sprawy. Jak naprawdę wygląda życie po śmierci? Co by się stało, gdyby okazało się, że inteligentne istoty zamieszkują nie tylko Ziemię? Czy komuna kiedyś upadnie? Jaki będzie urodzaj tego lata?
Ksiądz znał wiele historii i anegdot, niektóre zdarzało mu się opowiedzieć po kilka razy w ciągu lat, ale słuchającym to nie przeszkadzało. Miał dar gawędziarza i poczucie humoru. Któregoś dnia włączyłem po kryjomu nagrywanie w grundigu, który stał w kuchni - obok nas, siedzących przy stole. Wciąż trochę mi nieswojo z powodu tamtego szpiegowskiego nagrywania, ale wyrzuty sumienia gasną, gdy z szumiącej taśmy dobiega głos sprzed lat.

...były imieniny któregoś z diakonów i urządzili oni sobie w seminarium bimbę. To był rok gdzieś dwudziesty piąty albo szósty. Wszystko to byli przeważnie wojskowi ludzie, bo jak ktoś miał osiemnaście lat, to musiał pójść na wojnę, a w dwudziestym roku brali na wojnę nawet siedemnastoletnich chłopaków. Jeszcze do dwudziestego siódmego wszyscy to byli tacy, co na wojnie byli... No więc, zrobili sobie wieczorem w pokoju diakoni tę bimbę. A jeden ich kolega miał coś z nogą, był kontuzjowany albo ją złamał - nie mógł do nich iść. Więc wysłali po niego takiego draba... musiał być wielki, bo w Lublinie tych pięter, tych schodów, korytarzy jest strasznie dużo, sam bym dziś tam zabłądził. Wysłali więc tego draba-diakona, żeby kolegę wziął na barana i przyniósł. I tak zrobił: przyszedł, wziął go i niesie... To już było po kolacji, po dzwonku na spanie, światła zgaszone, tylko jedno gdzieś się tam świeci - władzy nie ma! Ale widzi ten diakon, że daleko korytarzem rektor idzie. Bo czasami sprawdzali: czy śpią, czy w karty nie grają. Więc ten drab porzucił kolegę za framugą, za takim załomem, gdzie ciemno, myśląc, że jak rektor odejdzie, to wróci i go zabierze. Ale rektor z daleka zobaczył jakiś ruch i podszedł... Tamten się wycofał i nie widział, co się dzieje, a tu rektor znalazł tego barana i mówi mu: "Cicho. Siedź spokojnie, ani słowa." I ten cicho siedzi. W końcu ten drugi myślał, że rektor już poszedł, więc sam wrócił... Ciemno. Podchodzi, kuca tyłem i mówi: "Właź na plecy..." No i rektor wlazł. Idzie dalej ten drab, otwiera drzwi do pokoju, gdzie siedzą wszyscy, wchodzi i mówi: "Macie go!" Patrzą, a to rektor siedzi okrakiem na ich koledze... Oczywiście burę dostali, ale diakonami byli, i już wyrzucać było trudno; jakoś im to przyschło. I tak to było... "Macie go..."

Gdy byłem mały, w czasach Pierwszej Komunii, ksiądz Wlaźlacki wydawał mi się kimś surowym i nieprzystępnym, choć wcale taki nie był. Wrażenie to brało się zapewne po części z tembru jego głosu - głębokiego, gromkiego. Mógł wydać się osobą oschłą lub nawet autorytarną. Rozmawiając z kimś bardzo młodym, ksiądz najczęściej wypytywał go, gdzie się uczy lub w jakiej jest klasie i jakie ma stopnie, po czym przenosił uwagę gdzieś indziej. Czasami dopytywał się, co tam u rodziców, jeśli ich znał, a najczęściej oczywiście tak było.
Barwność postaci księdza Wlaźlackiego była jakby niepozorna; wynikała z jego ciekawości świata i ludzi, spotkań i rozmów z nimi. Pozostawał człowiekiem starej daty, a jednocześnie był wewnętrznie młody.
Pewnego dnia szedł naszą ulicą, gdy tato właśnie ją sprzątał przed jakimś świętem. A że niebo zasnuwały niskie, ciemne chmury, więc tato śpieszył się, co nie uszło uwadze księdza.
- Chcę skończyć, zanim zacznie padać, żeby nie robić porządku na raty - wyjaśnił tato.
- Nie będzie padać, u mnie barometr idzie na pogodę.
- To księdza barometr źle działa, bo padać będzie, i to zaraz.
- Mój barometr jeszcze nigdy się nie pomylił. Jak pan chce, możemy się nawet założyć.
- Lepiej nie, bo będę miał podwójny grzech: że się hazarduję i że ogrywam duchowną osobę - roześmiał się tato.
- A jednak się załóżmy - upierał się ksiądz. - O jakiś porządny likier. To nie będzie duży grzech.
- No dobrze - zgodził się tato.
- Stoi.
Mniej więcej po minucie ksiądz Wlaźlacki spojrzał niepewnie w górę.
- A wie pan, że coś jakby pokapywało - powiedział.
- Mówiłem.
- Racja. Wygrał pan zakład.
W tym momencie tato postanowił przyznać, że warunki nie były równe.
- Zakład się nie liczy, bo ja wiedziałem, że będzie padać. Jestem tylko w podkoszulku i czułem pierwsze krople, ksiądz miał mniejsze szanse.
- No, może i tak - ksiądz zawsze namyślał się nad takimi kwestiami. - Ale, wie pan, zakład jest zakład - to rzecz honorowa. Poza tym to ja go proponowałem.
Skończyło się tym, że w któryś z następnych dni ksiądz przyszedł do nas z butelką likieru Bolsa; piliśmy go wspólnie po kieliszku przy okazji kolejnych spotkań.

Dotąd wspominam o księdzu tylko z nazwiska, a przecież miał on też imię - mianowicie Adolf. Nie budzi ono teraz dobrych skojarzeń (choć nie dlatego go nie wymieniałem). Ilekroć udaje mi się zabiegiem myślowym oderwać je od historycznego balastu, tylekroć upewniam się, że jest naprawdę niezłe: dumne w swym podstawowym brzmieniu - Adolf; przyjazne w zdrobnieniu - Adolek. Uważam, że wśród zbrodni i nikczemności Hitlera jest i ta - choć bagatelna wobec innych - podłość, że spaprał takie porządne imię. Tyle tytułem dygresji.

Rozważając różne sprawy, ksiądz zazwyczaj rozmawiał o nich z moim tatą, czasem spierali się żartobliwie. Powiedział ksiądz kiedyś:
- Dobrze Pan Bóg ten świat urządził, ale jedna rzecz mu się nie udała: człowiek powinien mieć wyznaczone, ile będzie żył, powiedzmy dziewięćdziesiąt lat - to ładny wiek. Miałby czas uporządkować swoje ziemskie sprawy...
- Ksiądz tak mówi, bo mu niedaleko do osiemdziesiątki. Gdyby miał dziesięć lat więcej, powiedziałby, że sto to lepszy wiek na umieranie.
- No, to prawda, że człowiekowi nie śpieszy się w tej sprawie.
- Jakby każdy wiedział, kiedy umrze, to by się ludzie łajdaczyli, potem na koniec każdy by się nawracał i czysty szedł do raju.
- Ale może właśnie żyliby uczciwiej, bo wiedzieliby, że na pewno umrą wtedy a wtedy. Człowiek jak nie wie, kiedy umrze, to myśli, że nigdy nie umrze.

Umówili się tato z księdzem, że kto z nich pierwszy odejdzie na tamten świat, spróbuje stamtąd odezwać się do drugiego i opowiedzieć, jak tam jest - jak wygląda życie po śmierci. Ze starszeństwa wynikało, że pierwszy odejdzie ksiądz - oczywiście, jeśli w porządek rzeczy nie wmiesza się przedwczesna choroba lub wypadek. Porządek rzeczy został zachowany. Jednak z zaświatów ksiądz wiadomości żadnej nie przesłał i po dziś dzień milczy. Rzecz jasna zdarzało się, że się przyśnił, nawet wyraźnie. Lecz umowa - choć zawarta półżartem - wykluczała takie objawienia, tudzież seanse spirytystyczne, czy inne rytuały. Ksiądz miał się odezwać sam i w sposób nie budzący wątpliwości, że naprawdę przekroczył granicę tamtego świata ku naszemu. Nie udało się jak na razie. Ksiądz zresztą sam był sceptykiem w tej kwestii, uważając, że widocznie bariera między światem żywych i zmarłych jest potrzebna. Uważam, że ma rację. Kiedyś ksiądz Wlaźlacki opowie o swoim życiu po śmierci, i pokaże jak ono wygląda. Lecz aby się tego dowiedzieć, to my wybierzemy się do niego. Taki jest porządek rzeczy.



ułeczka

web stats stat24