Początek
 
Poprzednie wpisy:
atak zimy
ks. W. Hryniewicz
Jarmark 2009
OSP Łomazy
Topienie Marzanny
Pożegnanie zimy
 
 
 
 
 
 
 
 
 



Wszystkich Świętych i Zaduszki

Z okazji Świąt Wszystkich Świętych i (zwłaszcza) Zaduszek zamieszczam wspomnienie o księdzu Adolfie Wlaźlackim, proboszczu parafii Łomazy w latach 1958-1982. Zamieszczam zdjęcie księdza Wlaźlackiego i nagranie jego wspomnień z seminarium. Był to dobry proboszcz, a jako człowiek świetny bliźni i gawędziarz. W latach 80. często odwiedzał nas, był sąsiadem i przyjacielem domu. Zmarł u progu wiosny 1986 roku, tuż przed swymi 80. urodzinami. Najbardziej zapewne wspomną ks. Wlaźlackiego ludzie w wieku średnim i starsi, ale polecam nagranie także młodym. Ten głos to żywa historia Łomaz, tubalna, pełna humoru i pogody.


W 2007 roku wydano mi książkę pt. "Ułeczka", w której zamieszczam m.in. wspomnienia o księdzu Adolfie Wlaźlackim. Poniżej zamieszczam to wspomnienie w całości. W tekście tym jest także skrypt nagrania, które tu zamieszczam. Jeśli któreś zdania brzmią niewyraźnie, można posłuchać nagrania wraz z tekstem. Wtedy wszystko będzie jasne! :) Zapraszam do posłuchania i przeczytania! :)

Zdjęcie II
(Ksiądz proboszcz)

   Zdjęcie zostało zrobione na pograniczu późnego lata i wczesnej jesieni. W początkach września wybraliśmy się z moim ciotecznym bratem Tomkiem na spacer po okolicy. Trwało słoneczne popołudnie, Tomek popychał mnie, a ja z aparatem na kolanach rozglądałem się bez specjalnego przekonania, co by tu sfotografować; każdy obiekt w pobliżu uwieczniłem już po wielekroć. Weszliśmy na kościelny dziedziniec z zamiarem zrobienia rundki wokół kościoła. Do dziedzińca przylega organistówka, w której wówczas mieszkał ksiądz Wlaźlacki, emerytowany proboszcz naszej para. i. Za bramą dziedzińca przystanęliśmy na chwilę, rozejrzeć się, a ksiądz właśnie wyszedł przed dom. Ubrany w biały płaszcz i czapkę z daszkiem, kierował się w stronę stojącego pod ścianą krzesła.
   Przywitaliśmy się.
   - Na spacer? I jest tam co zdejmować?
   Ksiądz Wlaźlacki mówił głębokim, tubalnym głosem. Zbliżał się do osiemdziesiątki i zdarzało mu się używać nieco archaicznych określeń.
   - A może księdzu zrobimy zdjęcie? Ustawi się ksiądz.
   - To czekajcie chwilę - powiedział i usiadł na krześle, przyjąwszy pozę do fotografii
Pstryk.
   Na fotogra. i ksiądz w jasnym płaszczu siedzi na krześle pod ścianą organistówki, dłonie trzyma złożone na podołku. Obok drzemie w trawie Bobik, pies księdza - wszystkie psy księdza miały na imię Bobik. Z góry zwieszają się liście lip, których pnie wystają zza kadru, zaś cała scena skąpana jest w słonecznym świetle, padającym nieco z tyłu. Nieomal symboliczny obraz pogodnej jesieni - także jesieni życia. Tej zimy, która nadeszła, ksiądz Wlaźlacki zmarł, a w kilka lat później zginął tragicznie Tomek. Jednakże te późniejsze zdarzenia nie odbierają w żaden sposób uroku i ciepła tamtej chwili. Patrząc na zdjęcie, nie myślę o tym, że nie ma księdza, Tomka (i Bobika także), lecz powraca do mnie nastrój tamtego dnia - kilku fajnych kwadransów życia.
   Ksiądz był towarzyskim, ciekawym świata człowiekiem, zawsze chętnym zatrzymać się i porozmawiać z przygodnie spotkanym para. aninem. Mieszkając po sąsiedzku, zachodził do nas często, na ile pozwalały mu obowiązki w okresie, gdy był proboszczem. Lubił dyskutować o rzeczywistości, polityce, najnowszych zdarzeniach i historiach z dawnych lat, zastanawiać się i rozważać różne sprawy. Jak naprawdę wygląda życie po śmierci? Co by się stało, gdyby okazało się, że inteligentne istoty zamieszkują nie tylko Ziemię? Czy komuna kiedyś upadnie? Jaki będzie urodzaj tego lata?
   Ksiądz znał wiele historii i anegdot, niektóre zdarzało mu się opowiedzieć po kilka razy w ciągu lat, ale słuchającym to nie przeszkadzało. Miał dar gawędziarza i poczucie humoru. Któregoś dnia włączyłem po kryjomu nagrywanie w grundigu, który stał w kuchni - obok nas, siedzących przy stole. Wciąż trochę mi nieswojo z powodu tamtego szpiegowskiego nagrywania, ale wyrzuty sumienia gasną, gdy z szumiącej taśmy dobiega głos sprzed lat...

...były imieniny któregoś z diakonów i urządzili oni sobie w seminarium bimbę. To był rok gdzieś dwudziesty piąty albo szósty. Wszystko to byli przeważnie wojskowi ludzie, bo jak ktoś miał osiemnaście lat, to musiał pójść na wojnę, a w dwudziestym roku brali na wojnę nawet siedemnastoletnich chłopaków. Jeszcze do dwudziestego siódmego wszyscy to byli tacy, co na wojnie byli... No więc, zrobili sobie wieczorem w pokoju diakoni tę bimbę. A jeden ich kolega miał coś z nogą, był kontuzjowany albo ją złamał - nie mógł do nich iść. Więc wysłali po niego takiego draba... musiał być wielki, bo w Lublinie tych pięter, tych schodów, korytarzy jest strasznie dużo, sam bym dziś tam zabłądził. Wysłali więc tego draba-diakona, żeby kolegę wziął na barana i przyniósł. I tak zrobił: przyszedł, wziął go i niesie... To już było po kolacji, po dzwonku na spanie, światła zgaszone, tylko jedno gdzieś się tam świeci - władzy nie ma! Ale widzi ten diakon, że daleko korytarzem rektor idzie. Bo czasami sprawdzali: czy śpią, czy w karty nie grają. Więc ten drab porzucił kolegę za framugą, za takim załomem, gdzie ciemno, myśląc, że jak rektor odejdzie, to wróci i go zabierze. Ale rektor z daleka zobaczył jakiś ruch i podszedł... Tamten się wycofał i nie widział, co się dzieje, a tu rektor znalazł tego barana i mówi mu: "Cicho. Siedź spokojnie, ani słowa". I ten cicho siedzi. W końcu ten drugi myślał, że rektor już poszedł, więc sam wrócił... Ciemno. Podchodzi, kuca tyłem i mówi: "Właź na plecy.... No i rektor wlazł. Idzie dalej ten drab, otwiera drzwi do pokoju, gdzie siedzą wszyscy, wchodzi i mówi: "Macie go!". Patrzą, a to rektor siedzi okrakiem na ich koledze... Oczywiście, burę dostali, ale diakonami byli i już wyrzucać było trudno; jakoś im to przyschło. I tak to było... "Macie go...".

   Gdy byłem mały, w czasach Pierwszej Komunii, ksiądz Wlaźlacki wydawał mi się kimś surowym i nieprzystępnym, choć wcale taki nie był. Wrażenie to brało się zapewne po części z tembru jego głosu - głębokiego, gromkiego. Mógł wydać się osobą oschłą lub nawet autorytarną. Rozmawiając z kimś bardzo młodym, ksiądz najczęściej wypytywał go, gdzie się uczy lub w której jest klasie i jakie ma stopnie, po czym przenosił uwagę gdzieś indziej. Czasami dopytywał się, co tam u rodziców, jeśli ich znał, a najczęściej, oczywiście, tak było. Barwność postaci księdza Wlaźlackiego była jakby niepozorna; wynikała z jego ciekawości świata i ludzi, spotkań i rozmów z nimi. Pozostawał człowiekiem starej daty, a jednocześnie był wewnętrznie młody.
    Pewnego dnia szedł naszą ulicą, gdy tato właśnie ją sprzątał przed jakimś świętem. A że niebo zasnuwały niskie, ciemne chmury, więc tato śpieszył się, co nie uszło uwadze księdza.
   - Chcę skończyć, zanim zacznie padać, żeby nie robić porządku na raty - wyjaśnił tato.
   - Nie będzie padać, u mnie barometr idzie na pogodę.
   - To księdza barometr źle działa, bo padać będzie, i to zaraz.
   - Mój barometr jeszcze nigdy się nie pomylił. Jak pan chce, możemy się nawet założyć.
   - Lepiej nie, bo będę miał podwójny grzech: że się hazarduję i że ogrywam duchowną osobę - roześmiał się tato.
   - A jednak się załóżmy - upierał się ksiądz. - O jakiś porządny likier. To nie będzie duży grzech.
   - No dobrze - zgodził się tato.
   - Stoi.
   Mniej więcej po minucie ksiądz Wlaźlacki spojrzał niepewnie w górę.
   - A wie pan, że coś jakby pokapywało - powiedział.
   - Mówiłem.
   - Racja. Wygrał pan zakład.
   W tym momencie tato postanowił przyznać, że warunki nie były równe.
   - Zakład się nie liczy, bo ja wiedziałem, że będzie padać.
   Jestem tylko w podkoszulku i czułem pierwsze krople, ksiądz miał mniejsze szanse.
   - No, może i tak - ksiądz zawsze namyślał się nad takimi kwestiami. - Ale, wie pan, zakład jest zakład - to rzecz honorowa. Poza tym to ja go proponowałem.    Skończyło się tym, że w któryś z następnych dni ksiądz przyszedł do nas z butelką likieru Bolsa; piliśmy go wspólnie po kieliszku przy okazji kolejnych spotkań.
   Dotąd wspominam o księdzu tylko z nazwiska, a przecież miał on też imię - mianowicie Adolf. Nie budzi ono teraz dobrych skojarzeń (choć nie dlatego go nie wymieniałem). Ilekroć udaje mi się zabiegiem myślowym oderwać je od historycznego balastu, tylekroć upewniam się, że jest naprawdę niezłe: dumne w swym podstawowym brzmieniu - Adolf; przyjazne w zdrobnieniu - Adolek. Uważam, że wśród zbrodni i nikczemności Hitlera jest i ta - choć bagatelna wobec innych - podłość, że spaprał takie porządne imię. Tyle tytułem dygresji.
   Rozważając różne sprawy, ksiądz zazwyczaj rozmawiał o nich z moim tatą, czasem spierali się żartobliwie. Powiedział ksiądz kiedyś:
   - Dobrze Pan Bóg ten świat urządził, ale jedna rzecz mu .. się nie udała: człowiek powinien mieć wyznaczone, ile będzie żył, powiedzmy dziewięćdziesiąt lat - to ładny wiek. Miałby czas uporządkować swoje ziemskie sprawy...
   - Ksiądz tak mówi, bo mu niedaleko do osiemdziesiątki. Gdyby miał dziesięć lat więcej, powiedziałby, że sto to lepszy wiek na umieranie.
   - No, to prawda, że człowiekowi nie śpieszy się w tej sprawie.
   - Jakby każdy wiedział, kiedy umrze, to by się ludzie łajdaczyli, potem na koniec każdy by się nawracał i czysty szedł do raju.
   - Ale może właśnie żyliby uczciwiej, bo wiedzieliby, że na pewno umrą wtedy a wtedy. Człowiek jak nie wie, kiedy umrze, to myśli, że nigdy nie umrze.
   Umówili się tato z księdzem, że kto z nich pierwszy odejdzie na tamten świat, spróbuje stamtąd odezwać się do drugiego i opowiedzieć, jak tam jest - jak wygląda życie po śmierci. Ze starszeństwa wynikało, że pierwszy odejdzie ksiądz - oczywiście, jeśli w porządek rzeczy nie wmiesza się przedwczesna choroba lub wypadek. Porządek rzeczy został zachowany. Jednak z zaświatów ksiądz wiadomości żadnej nie przesłał i po dziś dzień milczy. Rzecz jasna, zdarzało się, że się przyśnił, nawet wyraźnie. Lecz umowa - choć zawarta półżartem - wykluczała takie objawienia tudzież seanse spirytystyczne czy inne rytuały. Ksiądz miał się odezwać sam i w sposób niebudzący wątpliwości, że naprawdę przekroczył granicę tamtego świata ku naszemu. Nie udało się, jak na razie. Ksiądz zresztą sam był sceptykiem w tej kwestii, uważając, że widocznie bariera między światem żywych i zmarłych jest potrzebna. Uważam, że ma rację. Kiedyś ksiądz Wlaźlacki opowie o swoim życiu po śmierci i pokaże, jak ono wygląda.
   Lecz aby się tego dowiedzieć, to my wybierzemy się do niego.
   Taki jest porządek rzeczy.

 
 
projekt i wykonanie Lech Zaciura