Hej ho, hej ho, po Franka by się szło!                 By czytać go, by czytać go, hej ho! hej ho! :)  
 
 


9 października 2010 r. w Muzeum J.I. Kraszewskiego w Romanowie odbyła się uroczystość wręczenia nagród w otwartym konkursie literackim im. J.I. Kraszewskiego. Zdobyłem w nim II nagrodę w dziedzinie prozy za opowiadanie "Droga".




Zapraszam do galerii zdjęć z tego wydarzenia, na stronie Klubu Kultury Piast.



        

Polecam artykuł Kamili Kolędy, pt. "Kowal swojego losu", który ukazał się w "Słowie Podlasia" latem 2010 roku.



Rozmowa Lecha Zaciury z Beatą Zacharuk, która ukazała się w "Gościńcu Bialskim"

1. Kiedy zaczęła sie Pana przygoda z literaturą? Co sprawiło, że zaczął Pan pisać?
Przyznam, że dość późno, to znaczy około trzydziestki. Zawsze chciałem pisać, ale zniechęcałem się, gdy pierwsze próby okazywały się nie dość dobre. Pisywałem więc rzeczy "nieliterackie", np. artykuły dla magazynów komputerowych, a gdy pojawił się internet, jakieś śmieszne opowiadanka dla znajomych z sieci. Nagle okazało się, że im więcej piszę, tym bardziej poprawia mi się pisarski warsztat! Sam byłem zaskoczony (uśmiech). Znajomi zaczęli mnie namawiać, żebym zaczął pisać "na poważnie". Tak przymierzyłem się do pierwszych opowiadań science-fiction, doczekałem się też debiutu w Nowej Fantastyce. Nadal jednak nie pisałem i do tej pory nie piszę dużo. Pisze mi się powoli. Dużo pracuję nie tyle nad formalną poprawnością zdań, ale nad tym, by dokładnie wyrażały to, co chcę przekazać.

2. Jak zauważyłam Pana twórczość jest mocno wypełniona światem przyrody. Czy lepiej się Pan w niej czuje? Dlaczego jest to takie zajmujące?
Zgadła Pani, dobrze się czuję w otoczeniu natury. Dużą część życia spędziłem wśród zieleni, a konkretnie w ogrodzie w moich rodzinnych Łomazach. Całe Łomazy są dość zieloną miejscowością, otoczoną lasami i z gęstym parkiem w centrum. Jako dziecko często wybierałem się z rodzicami, siostrą i dziadkiem na grzyby na cały dzień, z kanapkami i herbatą w termosie. Uwielbiałem to. Myślę, że to mnie uwarunkowało, ale na pewno geny mają tu też coś do rzeczy. Gdy ktoś coś lubi lub czegoś nie cierpi, to ciężko to zmienić. Na przykład Woody Allen kocha Nowy Jork i tzw. łono natury przyprawia go o katusze. Dodam, że nie jestem znawcą przyrody, lecz po prostu lubię naturę.

3. A skąd się biorą pomysły na poszczególne utwory?
Często z życia. W "Ułeczce" wszystkie historie są wzięte z życia i tylko "Polowania" trochę różnią się od wydarzeń, jakie miały miejsce. "Ułeczka" to moje pożegnanie z pewnymi fragmentami przeszłości, z niektórymi, bliskimi mi ludźmi - którzy zmarli lub oddalili się w inny sposób. To także podzielenie się z czytelnikami spojrzeniem na świat, sposobem obserwowania go. Nawet, gdy narratorem jest lipa, opowiada ona fakty. Ale np. debiutanckie opowiadanie sf "Jak być powinno" wzięło się ze swoistego zakładu z kolegą. Chodziło o to, żeby zagadka rozwiązała się w ostatnich 2-3 zdaniach. Siedziałem i wymyślałem. Czasem właśnie stąd biorę pomysły: wymyślam, jak zacząć i co by tu dalej...

4. Czy w opowiadaniach występują także elementy autobiograficzne? Czy podświadomie wciela się Pan w bohaterów opowiadań?
Owszem, nawet często. Ale równie często przedstawiam bohaterów, takimi, jakim sam chciałbym być, a nie jestem (uśmiech). Franek może wydawać się takim "książkowym mną" - alter ego. Ale w rzeczywistości Franek to raczej mój idol. Oczywiście, jest i podobieństwo. Odpowiem anegdotą: na pierwszych szkicach Alicji Rybickiej Franek był taki... trochę pulchny. Choć nie gruby! Dzwonię do Alicji, rozmawiamy; proszę ją: "Czy nie mogłabyś Franka przerobić na trochę bardziej kościstego? Bo ja od dziecka jestem z kości i zawiasów, i widzę Franka też jako takiego właśnie chłopca." I na następnych szkicach Franek schudł. Z kolei w drugiej części zadedykowałem postać nietoperza Migacza Grzegorzowi Michałowskiemu. Lubię niepozorne nawiązania. Czasem też portretuję jakieś osoby albo zachowania. Kiedy byłem dzieckiem, nieraz - zdaniem rodziców - jadłem jakoś nie tak, jak trzeba, i tę sytuację przeniosłem do "Czarodziejskich przygód Franka". Mam nadzieję, że moi rodzice nie będą mi mieli za złe, że o tym wspominam. Kiedyś zatrzymał się przy mnie na ulicy jadący autem kolega z dawnej podstawówki i rozmawiamy. "Ty, skąd ty takie rzeczy wiesz?" - pyta o opisane zachowania dzieci i dorosłych. Cóż, pewnie niektóre sytuacje powtarzają się w każdej rodzinie...

5. Jak ważna jest dla Pana tzw. mała Ojczyzna? Jaka jest jej wielkość, do jakiego obszaru się ogranicza? Który ze światów jest Panu bliższy - łomaski czy bialski?
Zacznę od końca. Łomazy są na pierwszym miejscu w sercu - że tak górnolotnie powiem. Obszar mojej małej Ojczyzny to jakieś 4 na 4 kilometry. Taki jest też realny zasięg mojego elektrycznego wózka. Brzmi to może żartobliwie, ale naprawdę tak to widzę. Wie Pani, o swojej Ojczyźnie, nawet małej, można mówić albo bardzo długo, albo króciutko. A więc króciutko: to jest miejsce, z którym jestem zżyty, które mnie obchodzi, w którym czuję się dobrze, i chcę, by inni też dobrze się tu czuli.

6. "Czarodziejskie przygody Franka" spotkały się z dużym zainteresowaniem, przy czym nie tylko dzieci. Świadczą o tym dwie solidne recenzje literackie, opublikowane ostatnio na łamach "Podlaskiego Kwartalnika Kulturalnego" (Marioli Simonowicz z Białej Podlaskiej oraz Juraty Bogny Serafińskiej z Warszawy). Czy spodziewał się Pan takiej popularności? Jak Pan je odebrał?
Bardzo mnie cieszy, że "Czarodziejskie przygody Franka" są dobrze przyjmowane, choć nie jest to bestseller. Książka podoba się, gdy trafi już do rąk czytelnika, ale trafić nie jest łatwo. Trudno też dotrzeć do księgarzy, którzy stawiają na książki autorów wypromowanych - i trudno się temu dziwić. Jednakże spotkania autorskie dają mi tyle radości i energii, że grzechem byłoby marudzić! Recenzje na łamach "Podlaskiego Kwartalnika Kulturalnego" są bardzo ważne; odbija się w nich stosunek do pisarstwa dla dzieci. Pisząc "Franka", świadomie nawiązuję do książek z dzieciństwa mojego pokolenia: "Plastusiowego pamiętnika", "Przez różową szybkę", "Pinokia", "Joachima Lisa Detektywa Dyplomowanego". A więc jest to powrót do trochę pastelowej rzeczywistości, gdzie w przygodach ważna jest przyjaźń, niezawodność i szczęśliwe zakończenie. To może rodzić zarzuty nienowoczesności, gdyż współcześnie powstaje dla dzieci sporo książek podejmujących trudne tematy: rozbitej rodziny, umierania, a nawet holokaustu. W recenzjach Marioli Simonowicz i Juraty Bogny Serafińskiej spotkały się dwa po części różne spojrzenia na literaturę dla dzieci. Obie recenzje z Kwartalnika są bardzo ważne, widzę w nich nie tylko ocenę tej pojedynczej książki o przygodach Franka, ale być może początek szerszej dyskusji.


7. Poprzez "Czarodziejskie przygody Franka", a także inne opowiadania, wchodzi Pan na krajowy rynek wydawniczo-księgarski, bowiem ich wydawcą jest znane krakowskie wydawnictwo "Skrzat". Czy w związku z tym ma Pan jakieś szczególne oczekiwania? A może niepokoje?
Moim głównym niepokojem i zarazem oczekiwaniem jest to, by pisać dobre książki i opowiadania - no i wyrabiać się w czasie. Wydawnictwo zamówiło u mnie opowiadania o ptakach, a ja ostatnio coś za dużo skrobię się po głowie, a za mało stukam w klawisze (uśmiech). Nie sprostać takiej szansie to byłby straszny wstyd. Ogólnie moje spotkanie ze Skrzatem spełniło się jakoś tak... niespodziewanie. Miałem złożoną "Ułeczkę" z prawem do podpisania umowy na jej II wydanie z dowolnym wydawcą. I miałem napisanego "Franka". Wysłałem obie książki do Skrzata. Dzwoni pan Staszek Porębski, szef Skrzata, i mówi, że poczytał trochę i jego zdaniem rzecz jest do druku. A ilustracje zrobi pani Alicja Rybicka. Przez długi czas docierało do mnie, że naprawdę oznacza to wydanie książki w renomowanym wydawnictwie i w najlepszej możliwej szacie edytorskiej.

8. Co dla Pana jest w życiu, a także w twórczości, najistotniejsze?
Zadała Pani trudne, ale ważne, fundamentalne pytanie. Szczególnie mam na myśli pierwszą jego część. Myślę, że najważniejsze w życiu jest spełnienie się, realizowanie marzeń, uzyskanie poczucia, że nasze życie jest udane - na miarę możliwości, jakie dostaliśmy. Żeby z wiekiem nie pojawiło się rozgoryczenie i poczucie przetracenia czasu. Jednocześnie powinniśmy starać się, by nie ranić innych ludzi. Jak się mawia: nie dołować nikogo. Trzeba zawsze starać się porozumieć w sytuacjach spornych.
Z literaturą jest prościej: chciałbym, żeby to, co piszę, było uznawane za dobre i chętnie czytane. Wbrew pozorom jedno z drugim nie zawsze idzie w parze!


9. Chciałoby się rzec, poetycka dusza w Panu gra ... Tak więc, czy tylko na prozę możemy liczyć, czy są może jakieś zakusy na poezję?

Ciężka sprawa z poezją... Czasem pisuję teksty rymowane. Z przyjacielem z Poznania, Mateuszem, pisujemy piosenki i realizujemy je przez internet (choć nie tylko, bo kilka razy spotkaliśmy się). Mateo jest świetnym muzykiem i wokalistą, komponuje i nagrywa. A ja też trochę komponuję, ale zazwyczaj piszę teksty. Trudno je nazwać poezją, choć staram się, by nie były to "rymowanki". Z kolei w drugiej części "Przygód Franka" pojawi się duch drzewa - dąb Drzewiej, który mówi mową wązaną, lecz specyficzną. Znów nie jest to poezja. Zresztą... dąb-poeta...? Ktoś celnie zauważył, że Drzewiej chyba rapuje. Rapujący duch dębu - to jest to! (uśmiech). W każdym razie do poezji muszę jeszcze dojrzeć. Na razie rządzi proza, miejscami poetycka.

10. Czy czuje się Pan spełniony literacko? Czy może jeszcze jest coś w planach... marzeniach?
Myślę, że spełniam kolejno pewne literackie etapy. Miałem dużo szczęścia. Marzyłem o debiucie w czasopismie sf i trafiłem do prestiżowego 200. nru Nowej Fantastyki. Chciałem wydać książkę - w Anagramie prowadzonym przez Magdę Koperską wydano mi "Ułeczkę", a potem Skrzat wznowił książkę, ma więc ona już dwa wydania. Następne marzenie związane jest z drugą częścią "Przygód Franka", która będzie moją pierwszą fabularną całością, czyli po prostu powieścią, a nie zbiorem opowiadań. Będzie też mniej sielankowa niż pierwszy tom - to chyba także krok naprzód. Wielką wartość mają dla mnie publikacje w renomowanym "Podlaskim Kwartalniku Kulturalnym", prowadzonym przez pana Grzegorza Michałowskiego. Ukazało się tam dwuczęściowe wspomnienie o moim dziadku Aleksandrze, a także jedno z opowiadań. Przeprowadziłem też wywiad z panią Marią Makarską, znanym krytykiem literackim. Publikowanie w kwartalniku jest dla mnie bardzo wspierające. Mówię to bez snobizmu, stale potrzebuję upewniać się, że to, co robię, jest sensowne. Pani Beato, marzeń na przyszłość nie zabraknie!

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Wzajemnie dziękuję bardzo i pozdrawiam wszystkich czytelników Gościńca Bialskiego
.


 
 
projekt i wykonanie: Lech Zaciura   

Statystyki www      katalog stron