| |
Rozmowa
Lecha Zaciury z Beatą Zacharuk, która ukazała się w "Gościńcu
Bialskim"
1.
Kiedy zaczęła sie Pana przygoda z literaturą? Co sprawiło,
że zaczął Pan pisać?
Przyznam, że dość późno,
to znaczy około trzydziestki. Zawsze chciałem pisać, ale
zniechęcałem się, gdy pierwsze próby okazywały się nie dość
dobre. Pisywałem więc rzeczy "nieliterackie",
np. artykuły dla magazynów komputerowych, a gdy pojawił
się internet, jakieś śmieszne opowiadanka dla znajomych
z sieci. Nagle okazało się, że im więcej piszę, tym bardziej
poprawia mi się pisarski warsztat! Sam byłem zaskoczony
(uśmiech). Znajomi zaczęli mnie namawiać, żebym zaczął pisać
"na poważnie". Tak przymierzyłem się do pierwszych
opowiadań science-fiction, doczekałem się też debiutu w
Nowej Fantastyce. Nadal jednak nie pisałem i do tej pory
nie piszę dużo. Pisze mi się powoli. Dużo pracuję nie tyle
nad formalną poprawnością zdań, ale nad tym, by dokładnie
wyrażały to, co chcę przekazać.
2.
Jak zauważyłam Pana twórczość jest mocno wypełniona światem
przyrody. Czy lepiej się Pan w niej czuje? Dlaczego jest
to takie zajmujące?
Zgadła Pani, dobrze się
czuję w otoczeniu natury. Dużą część życia spędziłem wśród
zieleni, a konkretnie w ogrodzie w moich rodzinnych Łomazach.
Całe Łomazy są dość zieloną miejscowością, otoczoną lasami
i z gęstym parkiem w centrum. Jako dziecko często wybierałem
się z rodzicami, siostrą i dziadkiem na grzyby na cały dzień,
z kanapkami i herbatą w termosie. Uwielbiałem to. Myślę,
że to mnie uwarunkowało, ale na pewno geny mają tu też coś
do rzeczy. Gdy ktoś coś lubi lub czegoś nie cierpi, to ciężko
to zmienić. Na przykład Woody Allen kocha Nowy Jork i tzw.
łono natury przyprawia go o katusze. Dodam, że nie jestem
znawcą przyrody, lecz po prostu lubię naturę.
3. A skąd się biorą
pomysły na poszczególne utwory?
Często z życia. W "Ułeczce"
wszystkie historie są wzięte z życia i tylko "Polowania"
trochę różnią się od wydarzeń, jakie miały miejsce. "Ułeczka"
to moje pożegnanie z pewnymi fragmentami przeszłości, z
niektórymi, bliskimi mi ludźmi - którzy zmarli lub oddalili
się w inny sposób. To także podzielenie się z czytelnikami
spojrzeniem na świat, sposobem obserwowania go. Nawet, gdy
narratorem jest lipa, opowiada ona fakty. Ale np. debiutanckie
opowiadanie sf "Jak być powinno" wzięło się ze
swoistego zakładu z kolegą. Chodziło o to, żeby zagadka
rozwiązała się w ostatnich 2-3 zdaniach. Siedziałem i wymyślałem.
Czasem właśnie stąd biorę pomysły: wymyślam, jak zacząć
i co by tu dalej...
4. Czy w opowiadaniach
występują także elementy autobiograficzne? Czy podświadomie
wciela się Pan w bohaterów opowiadań?
Owszem, nawet często.
Ale równie często przedstawiam bohaterów, takimi, jakim
sam chciałbym być, a nie jestem (uśmiech). Franek może wydawać
się takim "książkowym mną" - alter ego. Ale w
rzeczywistości Franek to raczej mój idol. Oczywiście, jest
i podobieństwo. Odpowiem anegdotą: na pierwszych szkicach
Alicji Rybickiej Franek był taki... trochę pulchny. Choć
nie gruby! Dzwonię do Alicji, rozmawiamy; proszę ją: "Czy
nie mogłabyś Franka przerobić na trochę bardziej kościstego?
Bo ja od dziecka jestem z kości i zawiasów, i widzę Franka
też jako takiego właśnie chłopca." I na następnych
szkicach Franek schudł. Z kolei w drugiej części zadedykowałem
postać nietoperza Migacza Grzegorzowi Michałowskiemu. Lubię
niepozorne nawiązania. Czasem też portretuję jakieś osoby
albo zachowania. Kiedy byłem dzieckiem, nieraz - zdaniem
rodziców - jadłem jakoś nie tak, jak trzeba, i tę sytuację
przeniosłem do "Czarodziejskich przygód Franka".
Mam nadzieję, że moi rodzice nie będą mi mieli za złe, że
o tym wspominam. Kiedyś zatrzymał się przy mnie na ulicy
jadący autem kolega z dawnej podstawówki i rozmawiamy. "Ty,
skąd ty takie rzeczy wiesz?" - pyta o opisane zachowania
dzieci i dorosłych. Cóż, pewnie niektóre sytuacje powtarzają
się w każdej rodzinie...
5. Jak ważna jest
dla Pana tzw. mała Ojczyzna? Jaka jest jej wielkość, do
jakiego obszaru się ogranicza? Który ze światów jest Panu
bliższy - łomaski czy bialski?
Zacznę od końca. Łomazy
są na pierwszym miejscu w sercu - że tak górnolotnie powiem.
Obszar mojej małej Ojczyzny to jakieś 4 na 4 kilometry.
Taki jest też realny zasięg mojego elektrycznego wózka.
Brzmi to może żartobliwie, ale naprawdę tak to widzę. Wie
Pani, o swojej Ojczyźnie, nawet małej, można mówić albo
bardzo długo, albo króciutko. A więc króciutko: to jest
miejsce, z którym jestem zżyty, które mnie obchodzi, w którym
czuję się dobrze, i chcę, by inni też dobrze się tu czuli.
6. "Czarodziejskie
przygody Franka" spotkały się z dużym zainteresowaniem,
przy czym nie tylko dzieci. Świadczą o tym dwie solidne
recenzje literackie, opublikowane ostatnio na łamach "Podlaskiego
Kwartalnika Kulturalnego" (Marioli Simonowicz z Białej
Podlaskiej oraz Juraty Bogny Serafińskiej z Warszawy). Czy
spodziewał się Pan takiej popularności? Jak Pan je odebrał?
Bardzo mnie cieszy, że "Czarodziejskie przygody Franka"
są dobrze przyjmowane, choć nie jest to bestseller. Książka
podoba się, gdy trafi już do rąk czytelnika, ale trafić
nie jest łatwo. Trudno też dotrzeć do księgarzy, którzy
stawiają na książki autorów wypromowanych - i trudno się
temu dziwić. Jednakże spotkania autorskie dają mi tyle radości
i energii, że grzechem byłoby marudzić! Recenzje na łamach
"Podlaskiego Kwartalnika Kulturalnego" są bardzo
ważne; odbija się w nich stosunek do pisarstwa dla dzieci.
Pisząc "Franka", świadomie nawiązuję do książek
z dzieciństwa mojego pokolenia: "Plastusiowego pamiętnika",
"Przez różową szybkę", "Pinokia", "Joachima
Lisa Detektywa Dyplomowanego". A więc jest to powrót
do trochę pastelowej rzeczywistości, gdzie w przygodach
ważna jest przyjaźń, niezawodność i szczęśliwe zakończenie.
To może rodzić zarzuty nienowoczesności, gdyż współcześnie
powstaje dla dzieci sporo książek podejmujących trudne tematy:
rozbitej rodziny, umierania, a nawet holokaustu. W recenzjach
Marioli Simonowicz i Juraty Bogny Serafińskiej spotkały
się dwa po części różne spojrzenia na literaturę dla dzieci.
Obie recenzje z Kwartalnika są bardzo ważne, widzę w nich
nie tylko ocenę tej pojedynczej książki o przygodach Franka,
ale być może początek szerszej dyskusji.
7. Poprzez "Czarodziejskie
przygody Franka", a także inne opowiadania, wchodzi
Pan na krajowy rynek wydawniczo-księgarski, bowiem ich wydawcą
jest znane krakowskie wydawnictwo "Skrzat". Czy
w związku z tym ma Pan jakieś szczególne oczekiwania? A
może niepokoje?
Moim głównym niepokojem
i zarazem oczekiwaniem jest to, by pisać dobre książki i
opowiadania - no i wyrabiać się w czasie. Wydawnictwo zamówiło
u mnie opowiadania o ptakach, a ja ostatnio coś za dużo
skrobię się po głowie, a za mało stukam w klawisze (uśmiech).
Nie sprostać takiej szansie to byłby straszny wstyd. Ogólnie
moje spotkanie ze Skrzatem spełniło się jakoś tak... niespodziewanie.
Miałem złożoną "Ułeczkę" z prawem do podpisania
umowy na jej II wydanie z dowolnym wydawcą. I miałem napisanego
"Franka". Wysłałem obie książki do Skrzata. Dzwoni
pan Staszek Porębski, szef Skrzata, i mówi, że poczytał
trochę i jego zdaniem rzecz jest do druku. A ilustracje
zrobi pani Alicja Rybicka. Przez długi czas docierało do
mnie, że naprawdę oznacza to wydanie książki w renomowanym
wydawnictwie i w najlepszej możliwej szacie edytorskiej.
8. Co dla Pana jest
w życiu, a także w twórczości, najistotniejsze?
Zadała Pani trudne, ale
ważne, fundamentalne pytanie. Szczególnie mam na myśli pierwszą
jego część. Myślę, że najważniejsze w życiu jest spełnienie
się, realizowanie marzeń, uzyskanie poczucia, że nasze życie
jest udane - na miarę możliwości, jakie dostaliśmy. Żeby
z wiekiem nie pojawiło się rozgoryczenie i poczucie przetracenia
czasu. Jednocześnie powinniśmy starać się, by nie ranić
innych ludzi. Jak się mawia: nie dołować nikogo. Trzeba
zawsze starać się porozumieć w sytuacjach spornych.
Z literaturą jest prościej: chciałbym, żeby to, co piszę,
było uznawane za dobre i chętnie czytane. Wbrew pozorom
jedno z drugim nie zawsze idzie w parze!
9. Chciałoby się rzec, poetycka dusza w Panu gra ... Tak
więc, czy tylko na prozę możemy liczyć, czy są może jakieś
zakusy na poezję?
Ciężka sprawa z poezją...
Czasem pisuję teksty rymowane. Z przyjacielem z Poznania,
Mateuszem, pisujemy piosenki i realizujemy je przez internet
(choć nie tylko, bo kilka razy spotkaliśmy się). Mateo jest
świetnym muzykiem i wokalistą, komponuje i nagrywa. A ja
też trochę komponuję, ale zazwyczaj piszę teksty. Trudno
je nazwać poezją, choć staram się, by nie były to "rymowanki".
Z kolei w drugiej części "Przygód Franka" pojawi
się duch drzewa - dąb Drzewiej, który mówi mową wązaną,
lecz specyficzną. Znów nie jest to poezja. Zresztą... dąb-poeta...?
Ktoś celnie zauważył, że Drzewiej chyba rapuje. Rapujący
duch dębu - to jest to! (uśmiech). W każdym razie do poezji
muszę jeszcze dojrzeć. Na razie rządzi proza, miejscami
poetycka.
10. Czy czuje się
Pan spełniony literacko? Czy może jeszcze jest coś w planach...
marzeniach?
Myślę, że spełniam kolejno
pewne literackie etapy. Miałem dużo szczęścia. Marzyłem
o debiucie w czasopismie sf i trafiłem do prestiżowego 200.
nru Nowej Fantastyki. Chciałem wydać książkę - w Anagramie
prowadzonym przez Magdę Koperską wydano mi "Ułeczkę",
a potem Skrzat wznowił książkę, ma więc ona już dwa wydania.
Następne marzenie związane jest z drugą częścią "Przygód
Franka", która będzie moją pierwszą fabularną całością,
czyli po prostu powieścią, a nie zbiorem opowiadań. Będzie
też mniej sielankowa niż pierwszy tom - to chyba także krok
naprzód. Wielką wartość mają dla mnie publikacje w renomowanym
"Podlaskim Kwartalniku Kulturalnym", prowadzonym
przez pana Grzegorza Michałowskiego. Ukazało się tam dwuczęściowe
wspomnienie o moim dziadku Aleksandrze, a także jedno z
opowiadań. Przeprowadziłem też wywiad z panią Marią Makarską,
znanym krytykiem literackim. Publikowanie w kwartalniku
jest dla mnie bardzo wspierające. Mówię to bez snobizmu,
stale potrzebuję upewniać się, że to, co robię, jest sensowne.
Pani Beato, marzeń na przyszłość nie zabraknie!
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Wzajemnie dziękuję bardzo
i pozdrawiam wszystkich czytelników Gościńca Bialskiego.
|
|
|
|
|