Druga część przygód Franka już wkrótce!  
 
Lech Zaciura "Czarodziejskie przygody Franka"

Witaj!
Przedstawiam Ci piękną książkę dla dzieci w wieku 6-11 lat i polecam jej zakup. Na życzenie książka może zawierać imienną dedykację autora.


Możesz teraz:
1. zamówić książkę poprzez formularz
2. obejrzeć książkę (ilustracje, układ)
3. pobrać prawie połowę treści i przeczytać przed zakupem (format rtf).

Życzę miłej lektury młodym i dużym! :)
             
    Lech Zaciura
 




"Czarodziejskie przygody Franka" zilustrowała pięknie Alicja Rybicka, wydało zaś Krakowskie Wydawnictwo Skrzat.


UWAGA: po wakacjach ukaże się druga część przygód Franka!
Będzie nosiła tytuł: "Franek i wielkie drzewo"

Załączam wstępne szkice Alicji Rybickiej i fragmenty książki.
Bardzo starałem się, by kontynuacja "Czarodziejskich przygód Franka"
przewyższała pierwszą część - fabularnie i literacko. Podobno udało się :)

Słońce wędrowało ku górze i właśnie wychyliło się ponad drzewa rosnące w parku. Promienie zaświeciły radośnie w okno, przez które Franek patrzył, przyklejając nos do szyby. Chłopiec zmrużył oczy, ale nie zaprzestał obserwacji. Ostatnio często spoglądał przez okno wychodzące na park i potrafił to robić całymi godzinami. Ci, co go znali, dziwili się: przecież dawniej Franek rzadko przysiadał spokojnie na dłużej. Co się z nim stało..? - pytali samych siebie.
- Co się z tobą dzieje? - zapytali także Franka.
Franek nie potrafił odpowiedzieć. Od niedawna coś przyciągało go do tego okna, ale co i dlaczego..?
- Coś tam jest - odpowiedział, wskazując wzrokiem w dal.
- Oczywiście. Za naszym ogrodem są ogrody sąsiadów, a za ich ogrodami park. Za parkiem biegnie ulica Nadrzeczna, a za nią zaczynają się pola, łąki i lasy.
- To nie to - chłopiec pokręcił głową. - Coś jest w parku... coś... innego. Niewidzialnego.
- Skoro jest niewidzialne, to skąd wiesz, że w ogóle jest?
- Bo to czuję. To coś tam jest i do nas woła.
Ostrożnie ruszył przed siebie. Radość mieszała się we Franku z niepokojem. Trawa była mokra, a na niebie wisiały ciężkie chmury.
- A co będzie, jak znowu spadnie deszcz? - wymamrotał do siebie.
Wtedy usłyszał z boku szmer, po czym znajomy, choć dawno nie słyszany głos, odpowiedział mu:
- Na pewno się rozpuścisz. Chodź, Lena, mamy gościa z cukru.
Spomiędzy zieleni wysunęły się dwa jasne dzioby i dwie pary bystro patrzących oczu.
- Hubert! Lena!
- Witaj Franek! - zawołały chórkiem ucieszone ptaki.
Nastąpiło serdeczne powitanie, długie, bo długo trwała rozłąka przyjaciół. Kiedy się wreszcie wyściskali i nacieszyli sobą, Hubert powiedział:
- Dobrze, że jesteś, Franek. Ale powiem ci, że trzeba mieć dużo cierpliwości, żeby się ciebie doczekać.
Franek zadzierał głowę coraz wyżej i wyżej...
Nie mógł uwierzyć w to, co widzi.
Na skraju parku rosło drzewo wielkie jak świat.
Było tak ogromne, że choć znajdowało się w sporym oddaleniu, nie dało się go w całości objąć wzrokiem. Zdawało się, że sięga nieba, zaś pobliskie drzewa, nawet wyrośnięte lipy i świerki, wyglądały przy nim jak karły. Franek rozpoznał, że drzewo jest dębem, choć oszołomionemu chłopcu bardziej przypominało grzyb po atomowym wybuchu, pokazywany nieraz w telewizji. Gigantyczną koronę dębu zasnuwała mgiełka, jakby jego szczyt otaczały chmury lub znajdował się w jakimś innym świecie.
- O rety... - tyle zdołał wykrztusić Franek.
Franek przypomniał sobie o latarce, którą zostawił przed wejściem w winorośl. Podszedł do niej. Była teraz większa od chłopca, który z wysiłkiem uniósł ją i zaraz położył z powrotem na ziemi. Zjawiła się Lena i Kubuś, wszyscy wspólnymi siłami podnieśli latarkę i poszukali badyla, na którym można ją było stabilnie oprzeć i skierować ku górze.
- To armata na wampikory? - spytał Kubuś, a Hubert stwierdził, że to prędzej miotacz promieni śmierci.
- Jak to odróżni wampikorę od nietoperza? - spytała Lena.
- Franek będzie musiał odróżnić. Uważaj, Franek, bo jak trafisz Klekota, to się pogniewa.
Franek, choć bawiły go te wygłupy, to nie potrafił się odprężyć. Sapiąc z wysiłku, starał się ustawić latarkę jak najlepiej. Udało im się wreszcie oprzeć latarkę niemal pionowo na rozwidleniu drzewka brzoskwiniowego. Ściemniało już mocno. Naraz ktoś pisnął:
- Lecą wampikory!
Coś skrobnęło na górze i do namiotu zajrzały dwie mordki nietoperzy. Oba zaczepiły się pazurkami u szczytu i zawisły głowami w dół. Kołysały się przy tym lekko, a ich czarne futerka miały niezwykłą czerwoną poświatę od elektrycznego ogniska.
- Cze - przywitał się Klekot. - Poznajcie mojego kumpla Migacza.
- Cze - przywitał się Migacz.
Odpowiedział im chórek powitalnych głosów.
- Pozostałe nietoperze patrolują niebo nad nami, choć przyleciały bardziej dla towarzystwa. Myślę, że dziś żadne ataki z powietrza nam nie grożą.
- Super - powiedział Franek. - A więc jesteśmy w komplecie?
W tym momencie rozległy się dwa kumknięcia i pod brezentową ścianą wsunęły się do środka dwie żaby.
- Kum-strzelec i Kuma-zaduma, jak mogliśmy o was zapomnieć! - zawołał Franek zawstydzony. - No, ale teraz to już mamy chyba komplet i możemy zaczynać naradę?
Choć Franek wiedział, czego się spodziewać, zdumiało go, że słonie są tak duże. Eksponaty mamy sięgały mu teraz do ramion, a niektóre nawet ponad głowę. Wielki, przezroczysty słoń ze szkła spojrzał z góry na chłopca i skinął mu trąbą. Inny, z drewna sandałowego, egzotycznie pachnący, aż kręciło w nosie, pochylił głowę. Żołnierze, niemal równi wzrostem Frankowi, stawali na baczność i salutowali swemu dowódcy. Nie ulegało wątpliwości, że magia działa. Franek nie miał jednak pojęcia, jak wydawać im rozkazy. Od strony płotu usłyszał szelest przynajmniej kilku stworzeń i przez chwilę pomyślał, że to już nadchodzi wojsko wroga. Wyjrzał w tamtą stronę wystraszony, ale to byli przyjaciele chłopca i ogrodu. Franek wyszedł im naprzeciw uśmiechnięty.
- Nie bój się, nadciągają posiłki - szepnęły chórem myszy. Patrząc na nie chłopiec pomyślał, że zapał mają znacznie większy niż zdolności bojowe, jednak nie powiedział tego na głos. Obok stała Basia z Kubusiem, zaś z góry sfrunęło na trawę aż pięć ptaków.
- Przyjacielu - zwrócili się Hubert z Leną do Franka - poznaj naszych trzech synów: oto Michał, Mikołaj i Marceli.
Człowiek i szpaki przywitali się.
- No to plądrujmy ten kufer - zarządziła mama głosem dowódcy, i dodała: - Uwaga, dziś wolno się wybrudzić.
[...]
- Te książki mają ze sto lat - zauważył tato, - a niektóre są jeszcze starsze. Niesamowite!
Franek już zamierzał wziąć plik gazet, by w dawnej prasie szukać wzmianki o wędrujących dębach, gdy jego uwagę zwrócił notatnik w drewnianych, zdobionych okładkach i zamykany na metalową klamerkę. Okładki były mocno zniszczone, ale na frontowej widniało wyraźne, ręcznie napisane imię: "Justyna". Chłopiec z wypiekami na policzkach wziął notatnik i usiadł nieco z boku, na zdezelowanej kanapie.

22 maja.
Przyjechał papa. Z powodu obowiązków w majątku nieczęsto nas teraz odwiedza, więc zawsze jest wiele radości, gdy przybywa. Ale czuję też niepokój, ponieważ papie coraz bardziej przeszkadza stojące przy domu drzewo. Mówi, że jego gałęzie niszczą mur, a spadające jesienią liście i żołędzie zasypią dach i będą gniły. Obie z mamą bronimy Strażnika. Nie pozwolimy go skrzywdzić!

Tego samego dnia wieczorem.
Po obiedzie papa był w gabinecie. Tak nazywa pokój, w którym stoi biblioteczka z książkami i biurko, gdzie w szufladzie leżą zamknięte różne ważne dokumenty. Papa niebawem wrócił z gabinetu, wielce zdenerwowany. Mówi: "Z powodu liści w gabinecie panuje taki mrok, że i w słoneczny dzień niepodobna czytać ani pisać bez lampy". I zaraz popatrzył na mnie i dodał łagodnie: "Justysiu, nie martw się. Mamy przecież przy dworku całą aleję dębów. A ja po tych słowach rozpłakałam się jak nigdy wcześniej, bo wiedziałam, że papa nie tylko o tych dębach mówił…

Franek ziewnął. Sięgnął do wyłącznika światła. Trzymany nieuważnie pamiętnik zsunął się z kołdry i spadł na dywan. Gdy chłopiec podniósł go, ze środka, zza okładki, wypadła jeszcze jedna kartka - nie zauważył jej wcześniej. Była gruba, kartonowa. Franek dostrzegł, że po drugiej stronie jest narysowany jakiś obrazek. Rzeczywiście był i przedstawiał ołówkowy portret dziewczyny o długich, kręconych włosach. Miała bardzo ładną, ale też bardzo smutną twarz. "To pewnie Justyna", pomyślał Franek. "Ciekawe kto ją narysował? Może ona sama?" Był pewien, że zgaduje trafnie, gdyż rysunek zrobiła osoba w wieku Franka, choć mająca talent plastyczny. W rogu portretu widniał inicjał "J", z dopiskiem: "autoportret". Pewnie był to ocalały rysunek spośród tych, które robiła Justyna. "Szkoda, że nie ma ich więcej", westchnął chłopiec sprawdzając, czy za którąś z okładek nie ukrył się choć jeszcze jeden obrazek. Spojrzał znów na dziewczynę z obrazka, potem bez pośpiechu odłożył go na półkę przy łóżku i zgasił światło.
Franek poderwał się na równe nogi. W tym samym momencie Strażnik machnął wielkim konarem jak miotłą, wzniecając potężny podmuch. Chłopiec odruchowo chwycił za poszarpany brzeg kartki o mgnienie oka przed tym, nim dotarła do niego fala podmuchu. Wzbudzony wiatr gwałtownie poderwał w górę karton wraz z uchwyconym go małym chłopcem - jak latawiec lub latający dywan z pasażerem na gapę.
Zaczął więc schodzić z największą ostrożnością, gdyż odgałęzienia były wiotkie. Papierowy portret zostawił tam, gdzie zawisł, bo już po pierwszej próbie przekonał się, że ściąganie na ziemię kawałka kartonu wielkości dywanu jest szaleńczym pomysłem. I bez niej schodzenie było mało bezpieczne. Nagle Franek usłyszał nad uchem czyjeś wołanie:
- Tu jest nasz obiekt latający! Szybko, tutaj!
O mało nie spadł, tak był zaskoczony! Stracił grunt (a właściwie gałązkę) pod stopami, jedną ręką machał desperacko, usiłując złapać równowagę, prawą zaś kurczowo trzymał się wielkiego liścia, który jednak w każdej chwili mógł się rozedrzeć. Wtedy właśnie niewielka łapka chwyciła Franka mocno pod ramię.
- O rety, Basia, ale mnie przestraszyłaś - powiedział Franek. Mimo to chłopiec odetchnął z ulgą i spojrzał na wybawicielkę. Wiewiórka z gracją siedziała tuż obok, podczas gdy chłopiec wciąż kurczowo trzymał się winorośli.
- Wybacz, Franek - odrzekła wiewiórka, - ale jak już wchodzę do akcji, to działam, a nie zastanawiam się.
- Nie wyglądasz źle, tylko umyj się i wyśpij - powiedziała Lena. - Co prawda jesteś teraz jakiś... Hm... - namyślając się Lena pogwizdywała przez nos jak czajnik, który nie może się zdecydować, czy woda w jego wnętrzu już się zagotowała, czy nie. - Wyglądasz doroślej, moim zdaniem - dokończyła.
- Przez pobyt po tej stronie Franek jest o kilka dni starszy niż pokazuje kalendarz w jego domu - zauważył Hubert. - Czysty? - zwrócił się chłopca, który ochlapawszy twarz i ręce wodą, skinął.
Pociągnęli się więc ku trawnikowi i wciąż stojącemu na nim namiotowi, żaby zaś zostały przy sadzawce. Zmniejszonemu Frankowi niebotyczny namiot i potężny materac ze śpiworem wydał się czymś swojskim i naturalnym. Chłopcu aż kręciło się w głowie, tak zapachniał mu sen.
- Widzę, że nie trzeba ci będzie opowiadać bajek do snu - zachichotał Kubuś. - Mykaj spać dzielny człowieku.
Stojący pod Strażnikiem Franek zobaczył, że Kubuś podskakuje radośnie, a Lena macha chłopcu skrzydłem. "A więc wszystko idzie jak trzeba", pomyślał Franek i mocniej przywarł plecami do pnia dębu.
 
   
 
projekt i wykonanie Lech Zaciura   

Statystyki www      katalog stron