| |
|
|
|
"Czarodziejskie
przygody Franka" zilustrowała pięknie Alicja Rybicka,
wydało zaś
Krakowskie Wydawnictwo
Skrzat.
|
UWAGA: po wakacjach ukaże się druga
część przygód Franka!
Będzie nosiła tytuł: "Franek i wielkie drzewo"
|
Załączam
wstępne szkice Alicji Rybickiej i fragmenty książki.
Bardzo starałem się, by kontynuacja "Czarodziejskich
przygód Franka"
przewyższała pierwszą część - fabularnie i literacko. Podobno
udało się :)
|
 |
Słońce
wędrowało ku górze i właśnie wychyliło się ponad drzewa rosnące
w parku. Promienie zaświeciły radośnie w okno, przez które
Franek patrzył, przyklejając nos do szyby. Chłopiec zmrużył
oczy, ale nie zaprzestał obserwacji. Ostatnio często spoglądał
przez okno wychodzące na park i potrafił to robić całymi godzinami.
Ci, co go znali, dziwili się: przecież dawniej Franek rzadko
przysiadał spokojnie na dłużej. Co się z nim stało..? - pytali
samych siebie.
- Co się z tobą dzieje? - zapytali także Franka.
Franek nie potrafił odpowiedzieć. Od niedawna coś przyciągało
go do tego okna, ale co i dlaczego..?
- Coś tam jest - odpowiedział, wskazując wzrokiem w dal.
- Oczywiście. Za naszym ogrodem są ogrody sąsiadów, a za ich
ogrodami park. Za parkiem biegnie ulica Nadrzeczna, a za nią
zaczynają się pola, łąki i lasy.
- To nie to - chłopiec pokręcił głową. - Coś jest w parku...
coś... innego. Niewidzialnego.
- Skoro jest niewidzialne, to skąd wiesz, że w ogóle jest?
- Bo to czuję. To coś tam jest i do nas woła.
|
 |
Ostrożnie ruszył przed
siebie. Radość mieszała się we Franku z niepokojem. Trawa
była mokra, a na niebie wisiały ciężkie chmury.
- A co będzie, jak znowu spadnie deszcz? - wymamrotał do siebie.
Wtedy usłyszał z boku szmer, po czym znajomy, choć dawno nie
słyszany głos, odpowiedział mu:
- Na pewno się rozpuścisz. Chodź, Lena, mamy gościa z cukru.
Spomiędzy zieleni wysunęły się dwa jasne dzioby i dwie pary
bystro patrzących oczu.
- Hubert! Lena!
- Witaj Franek! - zawołały chórkiem ucieszone ptaki.
Nastąpiło serdeczne powitanie, długie, bo długo trwała rozłąka
przyjaciół. Kiedy się wreszcie wyściskali i nacieszyli sobą,
Hubert powiedział:
- Dobrze, że jesteś, Franek. Ale powiem ci, że trzeba mieć
dużo cierpliwości, żeby się ciebie doczekać. |
 |
Franek zadzierał głowę coraz
wyżej i wyżej...
Nie mógł uwierzyć w to, co widzi.
Na skraju parku rosło drzewo wielkie jak świat.
Było tak ogromne, że choć znajdowało się w sporym oddaleniu,
nie dało się go w całości objąć wzrokiem. Zdawało się, że
sięga nieba, zaś pobliskie drzewa, nawet wyrośnięte lipy i
świerki, wyglądały przy nim jak karły. Franek rozpoznał, że
drzewo jest dębem, choć oszołomionemu chłopcu bardziej przypominało
grzyb po atomowym wybuchu, pokazywany nieraz w telewizji.
Gigantyczną koronę dębu zasnuwała mgiełka, jakby jego szczyt
otaczały chmury lub znajdował się w jakimś innym świecie.
- O rety... - tyle zdołał wykrztusić Franek. |
 |
Franek przypomniał sobie
o latarce, którą zostawił przed wejściem w winorośl. Podszedł
do niej. Była teraz większa od chłopca, który z wysiłkiem
uniósł ją i zaraz położył z powrotem na ziemi. Zjawiła się
Lena i Kubuś, wszyscy wspólnymi siłami podnieśli latarkę i
poszukali badyla, na którym można ją było stabilnie oprzeć
i skierować ku górze.
- To armata na wampikory? - spytał Kubuś, a Hubert stwierdził,
że to prędzej miotacz promieni śmierci.
- Jak to odróżni wampikorę od nietoperza? - spytała Lena.
- Franek będzie musiał odróżnić. Uważaj, Franek, bo jak trafisz
Klekota, to się pogniewa.
Franek, choć bawiły go te wygłupy, to nie potrafił się odprężyć.
Sapiąc z wysiłku, starał się ustawić latarkę jak najlepiej.
Udało im się wreszcie oprzeć latarkę niemal pionowo na rozwidleniu
drzewka brzoskwiniowego. Ściemniało już mocno. Naraz ktoś
pisnął:
- Lecą wampikory! |
 |
Coś skrobnęło na górze i
do namiotu zajrzały dwie mordki nietoperzy. Oba zaczepiły
się pazurkami u szczytu i zawisły głowami w dół. Kołysały
się przy tym lekko, a ich czarne futerka miały niezwykłą czerwoną
poświatę od elektrycznego ogniska.
- Cze - przywitał się Klekot. - Poznajcie mojego kumpla Migacza.
- Cze - przywitał się Migacz.
Odpowiedział im chórek powitalnych głosów.
- Pozostałe nietoperze patrolują niebo nad nami, choć przyleciały
bardziej dla towarzystwa. Myślę, że dziś żadne ataki z powietrza
nam nie grożą.
- Super - powiedział Franek. - A więc jesteśmy w komplecie?
W tym momencie rozległy się dwa kumknięcia i pod brezentową
ścianą wsunęły się do środka dwie żaby.
- Kum-strzelec i Kuma-zaduma, jak mogliśmy o was zapomnieć!
- zawołał Franek zawstydzony. - No, ale teraz to już mamy
chyba komplet i możemy zaczynać naradę? |
 |
Choć Franek wiedział, czego
się spodziewać, zdumiało go, że słonie są tak duże. Eksponaty
mamy sięgały mu teraz do ramion, a niektóre nawet ponad głowę.
Wielki, przezroczysty słoń ze szkła spojrzał z góry na chłopca
i skinął mu trąbą. Inny, z drewna sandałowego, egzotycznie
pachnący, aż kręciło w nosie, pochylił głowę. Żołnierze, niemal
równi wzrostem Frankowi, stawali na baczność i salutowali
swemu dowódcy. Nie ulegało wątpliwości, że magia działa. Franek
nie miał jednak pojęcia, jak wydawać im rozkazy. Od strony
płotu usłyszał szelest przynajmniej kilku stworzeń i przez
chwilę pomyślał, że to już nadchodzi wojsko wroga. Wyjrzał
w tamtą stronę wystraszony, ale to byli przyjaciele chłopca
i ogrodu. Franek wyszedł im naprzeciw uśmiechnięty.
- Nie bój się, nadciągają posiłki - szepnęły chórem myszy.
Patrząc na nie chłopiec pomyślał, że zapał mają znacznie większy
niż zdolności bojowe, jednak nie powiedział tego na głos.
Obok stała Basia z Kubusiem, zaś z góry sfrunęło na trawę
aż pięć ptaków.
- Przyjacielu - zwrócili się Hubert z Leną do Franka - poznaj
naszych trzech synów: oto Michał, Mikołaj i Marceli.
Człowiek i szpaki przywitali się. |
 |
- No to plądrujmy
ten kufer - zarządziła mama głosem dowódcy, i dodała: - Uwaga,
dziś wolno się wybrudzić.
[...]
- Te książki mają ze sto lat - zauważył tato, - a niektóre
są jeszcze starsze. Niesamowite!
Franek już zamierzał wziąć plik gazet, by w dawnej prasie
szukać wzmianki o wędrujących dębach, gdy jego uwagę zwrócił
notatnik w drewnianych, zdobionych okładkach i zamykany na
metalową klamerkę. Okładki były mocno zniszczone, ale na frontowej
widniało wyraźne, ręcznie napisane imię: "Justyna".
Chłopiec z wypiekami na policzkach wziął notatnik i usiadł
nieco z boku, na zdezelowanej kanapie. |
 |
22 maja.
Przyjechał papa.
Z powodu obowiązków w majątku nieczęsto nas teraz odwiedza,
więc zawsze jest wiele radości, gdy przybywa. Ale czuję
też niepokój, ponieważ papie coraz bardziej przeszkadza
stojące przy domu drzewo. Mówi, że jego gałęzie niszczą
mur, a spadające jesienią liście i żołędzie zasypią dach
i będą gniły. Obie z mamą bronimy Strażnika. Nie pozwolimy
go skrzywdzić!
Tego samego dnia wieczorem.
Po obiedzie papa był w gabinecie. Tak nazywa pokój, w którym
stoi biblioteczka z książkami i biurko, gdzie w szufladzie
leżą zamknięte różne ważne dokumenty. Papa niebawem wrócił
z gabinetu, wielce zdenerwowany. Mówi: "Z powodu liści
w gabinecie panuje taki mrok, że i w słoneczny dzień niepodobna
czytać ani pisać bez lampy". I zaraz popatrzył na mnie
i dodał łagodnie: "Justysiu, nie martw się. Mamy przecież
przy dworku całą aleję dębów. A ja po tych słowach rozpłakałam
się jak nigdy wcześniej, bo wiedziałam, że papa nie tylko
o tych dębach mówił
|
 |
Franek ziewnął. Sięgnął
do wyłącznika światła. Trzymany nieuważnie pamiętnik zsunął
się z kołdry i spadł na dywan. Gdy chłopiec podniósł go, ze
środka, zza okładki, wypadła jeszcze jedna kartka - nie zauważył
jej wcześniej. Była gruba, kartonowa. Franek dostrzegł, że
po drugiej stronie jest narysowany jakiś obrazek. Rzeczywiście
był i przedstawiał ołówkowy portret dziewczyny o długich,
kręconych włosach. Miała bardzo ładną, ale też bardzo smutną
twarz. "To pewnie Justyna", pomyślał Franek. "Ciekawe
kto ją narysował? Może ona sama?" Był pewien, że zgaduje
trafnie, gdyż rysunek zrobiła osoba w wieku Franka, choć mająca
talent plastyczny. W rogu portretu widniał inicjał "J",
z dopiskiem: "autoportret". Pewnie był to ocalały
rysunek spośród tych, które robiła Justyna. "Szkoda,
że nie ma ich więcej", westchnął chłopiec sprawdzając,
czy za którąś z okładek nie ukrył się choć jeszcze jeden obrazek.
Spojrzał znów na dziewczynę z obrazka, potem bez pośpiechu
odłożył go na półkę przy łóżku i zgasił światło. |
 |
Franek poderwał się na
równe nogi. W tym samym momencie Strażnik machnął wielkim
konarem jak miotłą, wzniecając potężny podmuch. Chłopiec odruchowo
chwycił za poszarpany brzeg kartki o mgnienie oka przed tym,
nim dotarła do niego fala podmuchu. Wzbudzony wiatr gwałtownie
poderwał w górę karton wraz z uchwyconym go małym chłopcem
- jak latawiec lub latający dywan z pasażerem na gapę. |
 |
Zaczął więc schodzić z największą
ostrożnością, gdyż odgałęzienia były wiotkie. Papierowy portret
zostawił tam, gdzie zawisł, bo już po pierwszej próbie przekonał
się, że ściąganie na ziemię kawałka kartonu wielkości dywanu
jest szaleńczym pomysłem. I bez niej schodzenie było mało
bezpieczne. Nagle Franek usłyszał nad uchem czyjeś wołanie:
- Tu jest nasz obiekt latający! Szybko, tutaj!
O mało nie spadł, tak był zaskoczony! Stracił grunt (a właściwie
gałązkę) pod stopami, jedną ręką machał desperacko, usiłując
złapać równowagę, prawą zaś kurczowo trzymał się wielkiego
liścia, który jednak w każdej chwili mógł się rozedrzeć. Wtedy
właśnie niewielka łapka chwyciła Franka mocno pod ramię.
- O rety, Basia, ale mnie przestraszyłaś - powiedział Franek.
Mimo to chłopiec odetchnął z ulgą i spojrzał na wybawicielkę.
Wiewiórka z gracją siedziała tuż obok, podczas gdy chłopiec
wciąż kurczowo trzymał się winorośli.
- Wybacz, Franek - odrzekła wiewiórka, - ale jak już wchodzę
do akcji, to działam, a nie zastanawiam się. |
 |
- Nie wyglądasz źle, tylko
umyj się i wyśpij - powiedziała Lena. - Co prawda jesteś teraz
jakiś... Hm... - namyślając się Lena pogwizdywała przez nos
jak czajnik, który nie może się zdecydować, czy woda w jego
wnętrzu już się zagotowała, czy nie. - Wyglądasz doroślej,
moim zdaniem - dokończyła.
- Przez pobyt po tej stronie Franek jest o kilka dni starszy
niż pokazuje kalendarz w jego domu - zauważył Hubert. - Czysty?
- zwrócił się chłopca, który ochlapawszy twarz i ręce wodą,
skinął.
Pociągnęli się więc ku trawnikowi i wciąż stojącemu na nim
namiotowi, żaby zaś zostały przy sadzawce. Zmniejszonemu Frankowi
niebotyczny namiot i potężny materac ze śpiworem wydał się
czymś swojskim i naturalnym. Chłopcu aż kręciło się w głowie,
tak zapachniał mu sen.
- Widzę, że nie trzeba ci będzie opowiadać bajek do snu -
zachichotał Kubuś. - Mykaj spać dzielny człowieku. |
 |
Stojący pod Strażnikiem
Franek zobaczył, że Kubuś podskakuje radośnie, a Lena macha
chłopcu skrzydłem. "A więc wszystko idzie jak trzeba",
pomyślał Franek i mocniej przywarł plecami do pnia dębu. |
| |
 |
| |
|
|
|
|